Artykuły

poezja ziemianska

 

 

 

 

 

 

Poezja ziemiańska – znowu o poezji, ale jest gorąca wiosna, trawniki wokół domków letniskowych napełniają się jazgotem kosiarek, okolica kopci grillami jak Wezuwiusz… więc czas przypomnieć sobie szlacheckie bytowanie wiejskie, tym bardziej, że długi weekend za nami. Swego czasu antologię tej poezji wydali Janusz S. Gruchała i Stanisław Grzeszczuk i jakoś podobnie w czasie świetną o tejże poezji książkę napisał Adam Karpiński. Dzisiaj z tej trójki żyje już tylko (sto lat Januszu!) Janusz Gruchała; mówię o tym, bo chowaliśmy dzisiaj w ziemi Profesora Tadeusza Ulewicza, (por. hasło – Ulewicz, Tadeusz) która to uroczystość zgromadziła całkiem sporą liczbę miłośników staropolszczyzny w różnym wieku. Wróćmy jednak do rzeczy. Gdzieś koło połowy wieku XVI pojawiła się jakaś duchowa konieczność wyrażenia w mowie wiązanej zasady szlacheckiego istnienia w świecie. Jak taka konieczność się rodzi, pojęcia nie mam. Może jawi się jakieś oczekiwanie, jakaś potrzeba, może poeci są jak pudła rezonansowe? Jak lakmusowe papierki? Jak jądra kondensacji? Dość, że aby spadł deszcz, musi pojawić się pierwsza kropla. Faktem jest, że już w latach 60. wieku XVI pojawił się jako taka kropla Mikołaj Rej ze swoim Żywotem człowieka poćciwego, ale rozwlekła, pięknie się tocząca, nasycona detalami proza Rejowa na taki tekst fundacyjny się raczej nie nadawała. Potrzeba było czegoś żywszego, najlepiej pisanego…jakimś rytmem podkasanym, szybkim. Odbywało się więc zapewne jakieś poszukiwanie wzorów; najlepiej by bowiem było, gdyby taki tekst fundacyjny, taki sposób wyrazu oprzeć na jakimś mocny dawnym, Biblijnym? a może wystarczyłoby łacińskim, rzymskim wzorze. Owszem był psalm Dominus regit me..., ale myślę, że chodziło o coś więcej; szlacheckie zamieszkanie w świecie z tym pasieniem przez Pana, nie do końca się pokrywało chyba. Taki tekst znaleziono, i owszem, słynną (bo rozsławioną w całej Europie) II Epodę Horacego: Beatus ille, qui procul negotiis… Tekst na pochwałę ziemiańskiego otium bardzo się nadawał, bo: był rzymski (zatem fundacyjny), napisany przez Horacego (zatem mistrza nad mistrzami), modny (w Europie się go naśladowało), miał tylko jeden mankament… słynna epoda była właściwie kpiną z marzeń mieszczucha o zieleni pastwisk, kpiną, żartem z westchnień za kontaktem z prawdziwym zasiedleniem w domku letniskowym, w majowy weekend (może nawet przy grillu). Wybrano Horacego jednak: walory przeważyły: śmieszne rzeczy więc wyczyniali polscy poeci z Alfiuszem (bo takie imię nosił marzący o wiejskiej arkadii wielkomiejski lichwiarz); jedni go w ogóle pomijali, inni go „nawracali”. Może jednak ten łaciński wzór nie miałby w Polsce aż takiego znaczenia, gdyby nie zaadoptował go Jan Kochanowski, który w miejsce horacjańskiej ironii wstawił słynną inwokację:

Wsi spokojna, wsi wesoła,

Który głos twej chwale zdoła?
Kto twe wczasy, kto pożytki

Może wspomnić za raz wszytki?

Chciałbym aby zabrzmiało to wystarczająco patetycznie: wiersz Kochanowskiego ustanawiał niezwykle żywotną tradycję ukazywania dworkowego istnienia aż do czasów może Gombrowicza a na pewno Żeromskiego. Myślę, że bardzo ważne dla świata, o którym tu mówimy, było też i to, że owo poetyckie osadzenie się w miejscu na ziemi miało rzymski, łaciński u podstaw gest; myślę też, że szlachta miała tego świadomość, że osadzała się na wsi kontynuując tradycję ziemiańskiego bytowania rzymskich republikanów (bo tak to wolano widzieć). Otium – miejsce, gdzie człowiek u siebie oddaje się „niepróżnującemu próżnowaniu”, czyta, rozważa, „ładuje akumulatory”, by potem wrócić, do przestrzeni negotium, gdzie pochłoną go prace publiczne. XVIII wiek dołoży do tego modelu postać wzorcową: Cyncynata czy George’a Washingtona. Kochanowski sensownie spolszcza Rzymianina: w miejsce, gdzie tamten po pracach polowych kładzie się w miłym cieniu przy potoku, Kochanowski mówi o wspólnocie zasiadającej w koło przy kominie; gdzie indziej mocno podkreśla, że dom szlachecki (por. hasło - dworek) jest domem istniejącym w czasie: domem rodziny:

A niedorośli wnukowie

Chyląc się ku starszej głowie,

Wykną przestawać na male,

Wstyd i cnotę chować w cale.

Nawiązania do tego rytmicznego ośmiozgłoskowca regularnie pojawiają się w szlacheckich sylwach. (por. hasło - silva rerum; por. hasło - rękopisy (nie płoną!) Mam kilka swoich typów; warto przypomnieć Kochowskiego, który spiera się z Kochanowskim po mniej więcej 100 latach wierszem Budynek, ale może szczególnie warto zwrócić uwagę na Szlachecką kondycyję Hieronima Jarosza Morsztyna, poetę, któremu udało się dodać do tonu Kochanowskiego coś czego nie umiem dobrze nazwać: jakiś rodzaj mocy, szlacheckiej zadzierżystości, a może nawet niezniszczalności jakiejś, pokrzykującej buńczucznie do nas z drugiego brzegu czasu, sprzed potopu:

Pan to wielki, co na stronie

Dosyć ma na swym zagonie,

Czegoż potrzeba,

Gdy z gębę chleba?

Toć moje wszytkie klejnoty,

Dobra myśl, taniec, zaloty,

Wieniec na głowie –

Fraszka królowie!

O pompy żadne nie stoję,

Mając w cale wioskę swoję

Z kmiotkami sprawa

Moja zabawa.

Lamusz pełen wszelakiego

Jest rynsztunku żołnierskiego

Obrona zdrowiu

Jest w pogotowiu.

Dwór wkoło oparkaniony

Żona grzeczna, rozrodzony

Sad jako w raju

Gumno jak w gaju.

Miasto blisko, targ nie głodny,

Kościół doma, sąsiad zgodny,

Chłopów gromada –

Cóż wsi za wada.

Niechże nam Pan Bóg rolnikom

Sam błogosławi grześnikom,

A wy, panowie,

Siedźcie w Krakowie.

Ano siedzimy, chociaż nie panowie, bo co mamy robić? Na wsi się przecież wszyscy nie pomieścimy!

Krzysztof Koehler