Artykuły

liberum veto

 



 

 

 

 

 

Liberum veto – nie ma co udawać: zaglądamy w przepaść; zła praktyka przyczyniła się niewątpliwie w znacznym stopniu do paraliżu władzy w Rzeczpospolitej, ale nie tylko ona. Fakt: była jednym z czynników rozkładu, co do tego nie ma wątpliwości; obok rozpanoszenia się fakcji; zaniku myślenia w kategoriach bonum communae; obok gnuśności politycznej res publica (nic tak nie zabija rzeczypospolitej jak oddanie władzy obywatelskiej w ręce rządzących i oddanie się słodkim objęciom postpolityki); obok usypiającej propagandy przemieniającej najważniejsze instytucje w państwie (por. hasło - sejm, sejmik) w jakieś rodzaje sejsmografów do ostrzegania przed wszelkimi próbami reformowania kraju; obok wielu, wielu innych czynników (niektóre z nich w ciekawym wywodzie wymienia w niedawno wydanej pracy Jan Dzięgielewski „O ustroju, decydentach i dysydentach. Studia i szkice z dziejów Pierwszej Rzeczypospolitej”). Ale obiecałem, że podejmiemy próbę namysłu nad liberum veto, bo na przykład rozumując kategoriami Andrzeja Maksymiliana Fredry można było mówić: liberum veto to pozostałość arystotelesowskiego marzenia o rządach ludzi cnotliwych, których siłą jest racja i mądrość a nie masa (ilość). Stu bogatych w siłę nacisku tępaków, nie przewyższy dzięki zasadzie liberum veto – jednego zacnego, który ma możliwość zablokowania niedobrej ustawy. Ale czy nie są to tylko piękne słowa, dorabiane do wcale nie takiej znowu „arystotelesowskiej z ducha” praktyki? Oto poseł Siciński, który był klientem, jak mawiał Orzechowski, Zdradziwiłłów (ale czy na pewno działał na polecenie znanego nam Janusza Radziwiłła?) w 1652 nie zgadzając się (tylko?!) na przedłużenie obrad sejmowych. Historycy się spierają czy to był na pewno początek końca, dlatego że był to jedynie sprzeciw wobec prolongaty obrad; znacznie gorzej stało się podczas sejmu koronacyjnego 1669 roku, kiedy to poseł wołyński Adam Olizar zerwał sejm na tydzień przed końcem obrad; potem już się potoczyło, aż do przykładowego sejmu z 1688, który zerwano jeszcze nawet przed wyborem marszałka! Wygodne to było narzędzie do uprawiania polityki; wielkiej zręczności wymagało kierowanie nawą ojczyzny wobec tak mocno zagrażających raf. Zrywano sejmy z dwoma przynajmniej wyświechtanymi w gębach frazesami: „zagrożeniem absolutum dominium” (por. hasło – absolutum dominium) i z koniecznością strzeżenia „Aurea libertas”, złotej wolności naszej. (por. hasło – libertas, libertas - 2, llibertas - 3). Kiedy jednak myślę o liberum veto przed oczyma stoi mi sytuacja z roku 1652, kiedy to poseł Siciński (w zmowie czy nie w zmowie? Filip Kazimierz Obuchowicz w swoim diariuszu wspomina: „były sporsze dudy, które mniejsze nadymały piszczałki”) woła: nie zgadzam się (na przedłużenie obrad) po czym najpierw nie dał się przekonać, a następnie z Warszawy wyjechał i nic już nie dało się zrobić. Decyzja ówczesnego Marszałka, rzeczonego Andrzeja Maksymiliana Fredry, nie była łatwa i paradoksalnie świadczyła, że zasada szlacheckiej, indywidualnej odpowiedzialności za wspólnotę polityczną musi zostać uszanowana. Jeden powiedział nie. Jeden. Nie możemy go przekonać, namówić, zastraszyć, upić, przekupić, zniewolić, zatkać mu ust brudną dłonią, aby nie zaprotestował, skłonić – nic nie możemy uczynić wszelkimi możliwymi środkami politycznymi, jakie kultura polityczna zna od swoich początków. Nie ma go. Więc majestat Rzeczypospolitej musi uszanować sam siebie, musi uszanować swoje złote zasady. Nie da się przecież na kolanie zasad zmienić, dostosować ich do zmienionej sytuacji. Jan Dzięgielewski pisze o tamtej sytuacji następująco: Parlamentarzyści postawieni wobec konieczności wyboru między bezwzględnym uwzględnieniem normy proceduralnej, a przyzwoleniem na odstąpienie od niej w imię ewentualnego zaspokojenia potrzeb państwa, opowiedzieli się za poszanowaniem prawa./…/ wobec rozchwiania systemu wartości istniała potrzeba oparcia się na czymś, co wydawało się jednoznaczne, czyli literze prawa. Jakkolwiek przerwanie w ten sposób prac sejmu uważali za czyn zły… Czyż to nie materiał na prawdziwie staropolski dramat antyczny? Patrzę więc na ten moment ze sporym wzruszeniem, ale może jakbym zaglądał trochę w przepaść, w rozwierającą się głębię nicości. Bo uświadamiam sobie, świadom tej puszki Pandory, tego początku jednak końca, że pewne rzeczy mają na świecie swoją wielką cenę. Ta wielka rzecz to poczucie podmiotowości; poczucie bycia u siebie, na swoim, które było naczelnym poczuciem szlacheckiej przynależności; szlacheckiej res publica.  Ale też jest to azard, wystawienie się na ryzyko: podłości, małości czy tylko ludzkich słabości. Bo wystarczy w tym systemie, że miejsce amor patriae zajmie polityczna kalkulacja, wyrachowanie, nikczemność; że wspólnotę pożytku zajmie pożytek wspólnoty, że poprzestawia się wektory. I mamy – katastrofę! Zdaję sobie sprawę, że ten azard, ma cenę wysoką, bardzo wysoką, ale nic nie jest za darmo na tym pięknym świecie. Niestety.

Krzysztof Koehler