Artykuły

kanikula

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kanikuła abo Psia Gwiazda – to jedyny w polskiej poezji zbiór 32. wierszy o upale, których lekturę polecam Państwu serdecznie właśnie teraz, kiedy oto zaczęło się lato, idą wakacje i coś trzeba ze sobą robić, gdy z nieba leje się żar i (co się równie zdarza w życiu) niejeden żar – wewnętrzny – nie pozwala nam cieszyć się chłodem. Sarmaci nie mieli w dworkach (por. hasło - dworek) klimatyzacji, więc pławili się, kiedy przyszły upały, w gorącu:

Jeśli to prawda, co kiedyś uczony

Mniemał i twierdził filozof z Kortony,

Że dusze ludzkie, doszedłszy swojego

Kresu i ciała pozbywszy pierwszego,

W inszy się łupież na nową słobodę

Przenoszą, w inszy kształt, w inszą urodę,

I inszej nie masz po tej śmierci szkody,

Tylko na starą duszę żupan młody,

Możemy z śmierci przeszydzić i tyle

Niesmaków sobie nie knować w mogile.

Tak i ja, kiedy dni swoich dopędzę,

Kiedy ostatnią Parki zwiną przędzę,

Opuszczę z chęcią zwiotszałe łachmany,

A iż na nowy będę zawołany

Żywot, będę się, w powietrzu zmieniony

Przy Jadze bawił jak wietrzyk pieszczony

Będę ją chłodził podczas kanikuły

I poddymając na piersiach przystuły,

Czegom pragnął żyw, w tej alabastrowej

Jaskini czekać będę formy nowej.

Zarówno ten niefrasobliwy wierszyk, jak i całą Kanikułę napisał autor szkolnego sonetu Do trupa czy szalenie ekstrawaganckiego sonetu Na piersiach na krzyżyk jednej Panny Jan Andrzej Morsztyn, latem roku 1647. Uczestniczył on wtedy, jak podają źródła, z ramienia Lubomirskich w mieszanej polsko-moskiewskiej komisji do ustalenia granic na Ukrainie. Było to lato wyjątkowe: ostatnie przed nadchodzącym prawie dziesięcioleciem wojen pustoszących kraj spokojne, ale jakże gorące lato w Rzeczpospolitej. Jeszcze wszystko wygląda jakby stało w zenicie; wszystko jakby dojrzewało w pełnym słońcu; oto szlachcic wita przed swoim dworkiem (por. hasło –dworak) syna wracającego ze szkół (ten obrazek zostawił niezrównany Wacław Potocki (por. hasło – Potocki) w Pieśniach abo Threnach na śmierć syna Stefana); inny dogląda zboża; inny jedzie na targ; do sądu; na zakupy do miasta. Obchodzi rodzinne i sąsiedzkie święta. Niektórzy kąpią się w stawach, rzekach. (W jednej z nich, w spokojnych nurtach Pilicy o mało co nie utopi się młody jeszcze Wespazjan Kochowski [por. hasło – Kochowski, Wespazjan, Wespazja], czego świadectwem jedna z jego pieśni). Dopiero we wrześniu obrażony na cały świat i dotknięty w swych ambicjach Bohdan Chmielnicki zawiąże spisek, który ruszy kamienną lawinę wydarzeń, rozpoczynających ostatnie półwiecze słonecznego światła nad Rzeczpospolitą. Tak to już jednak bywa: nim przemówi kamiennym głosem Klio, słodkim tonem Marylin Monroe szepcze Euterpe (por. hasło - Epika (szlachecka):


Potężny piesku, co władasz gorącem

I ogień lejesz gardłem swym pieniącem,

Którego ogniem krynice słabieją

A śniegi wieczne z gór się rzeką leją,

Spraw to mocą twą, aby twe pożogi,

Które miłości we mnie zapał srogi

Mnożą, nad dziewką okrutną zażyły

Takiej lub większej niż nade mną siły!

Bezpieczna twardą skamiałością swoją:

Sama się zimnym mrozem otoczyła,

Sama krew w żyłach w śniegi obróciła.

Co nowa Zemla ma zimy i mrozów,

Co Lodowate Morze (kędy wozów

Wiekszy pożytek niźli krzywych łodzi),

Co Wołga (którą Moswicin przechodzi

Cały rok lodem) kryje zimnej wody,

Wszytkie te w piersiach ma mrozy i lody.

Widzi to Wenus, ale nie dba ani

Zwykłym jej trybem tej hardości gani;

Owszem, jakby z nią zmówiła się zgodnie,

Mnie tylko w sercu podżega pochodnie.

Ale ty mścij się mej szkody, twej wzgardy,

I państwem, które nad nami masz, hardy,

Napełń ją ogniem, niech i ona czuje,

Że kiedy świecisz, każda-ć rzecz hołduje

I każda, lubo odporna, jako ty

Błyśniesz na niebie, zapada w zaloty.

Co jeśli sprawisz, będę-ć życzył, aby

Obrok cię z źródeł dochodził niesłaby

I żebyś wsiadszy na wóz miasto słońca

Wiódł szczęśliwy rok od końca do końca.

Ten, dzięki takiej wyraźnej obecności w sobie północnego, naprawdę mroźnego chłodu i dzięki tym konkretnym desygnatom wskazującym na źródło północnego zlodowacenia (przeniósł się wyobraźnią Morsztyn aż po Nową Ziemię!) – zapewne można czytać te słowa jako rodzaj profecji o nadciągających złych czasach: (por. hasło -czasu mierzenie) czego albowiem nie wymyślą – nawet staropolscy – poeci? No, ale i ta refleksja, długo w głowie nie postaje upalnym latem 1647. Bo kiedy wzrok widzi to, co widzi, odwodzi intelekt od geografii w rejony inne zgoła.


Drażnięta, których strzeże płócienna obrona

I słaba oczom naszym zazdrości zasłona,

Któreście w ręku cudzych nigdy nie postały,

Których i własne ręce rzadko piastowały,

Trudno zgadnąć, jakoście stworzone, atoli

(Jeśli się pani wasza domyślać pozwoli)

Widząc, że sama biała jak śnieg niedeptany,

Że twarda, ni jej wzrusza stan mój opłakany,

Mniemam, że kto się odkryć was odważy, snadnie

Na twarde jabłka i na białą płeć napadnie.

Strzeżcie się kanikuły i słońca, można-li,

Bo i jabłka dojrzeją, i płeć się przypali.

Owego „przypalenia płci” (por. hasło - wdowy i panny) serdecznie jednak Państwu życzę.

Krzysztof Koehler