Artykuły

Kochowski, Wespazjan

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kochowski, Wespazjan – nawet gdyby nic więcej nie ocalało z tego, co napisał, nie powinien być zapomniany z powodu „Psalmodii polskiej”. Książka wyszła w 1695 roku, na absolutnym schyłku wieku, kiedy równiny Rzeczpospolitej łagodnie pochyliły się, aby przyjmować watahy najeźdźców. Kochowski przeżył chyba dobrze swoje życie, wedle typowego dla epoki schematu: dzieciństwo, nauka, wprost z ławy szkolnej – siodło; potem osadzenie się na swoim, ojcowskim, dziedziczonym gruncie, małżeństwo, obowiązki społeczne, wreszcie śmierć. Wygląda to na prostą opowieść, chociaż - mimo że żył wedle szlacheckiego schematu - Kochowski, na pewno nie był przeciętnym szlachcicem. Piastował na przykład zaszczytny urząd „uprzywilejowanego historyka królewskiego”. W tej funkcji pojechał w królewskim orszaku pod Wiedeń, by to wiekopomne zwycięstwo opisać. Kochowski był człowiekiem głęboko wierzącym: o ile takie sformułowanie nie brzmi, przynajmniej w uszach człowieka współczesnego jak oksymoron: jak bowiem Sarmata mógł w ogóle głęboko wierzyć? Należał do bractwa Szkaplerza Świętego, nosił Piętko Matki Bożej (był Niewolnikiem Maryi), (por. hasło - niebiosa) pisał poruszające wiersze religijne, a przy tym miał jakieś zainteresowania numerologiczne – jego wielkim historycznym dziełem „Klimakterami” rządzi struktura siódemkowa (700, 70, 7 – to cyfry, które jego zdaniem rządzą historią Polski). Kochowski jak każdy Sarmata był skądś: on – z kieleckiego, Gaj, Goleniowy, Klasztor na Łysej Górze, to jego miejsca; rzeka Pilica (gdzie się topił i został cudownie ocalony), sanktuarium w Studziannej (por. hasło - obrazy cudowne) (tu mu się otwierały przepastne głębie sarmackiej religijności wspólnotowej nazywanej mesjanizmem szlacheckim): w wierszu „Rozjezne pożegnanie z ojczystym Gajem”, żegna swoją rodową okolicę; w wierszu „Budynek” (por. hasło - dworek) zachwala dęby, które na budowę swego gniazda woził „inszej niechawszy roboty” z bliskiej „Sprowy”. Jedźcie, jeździe w Świętokrzyskie Góry; zajrzyjcie do klasztoru na Świętym Krzyżu, gdzie na ścianie jest z Kochowskiego napis, z wiersza „Góra Łyssa”. To jeden z najbardziej zagadkowych wierszy polskiego mesjanizmu szlacheckiego. Dokonał bowiem w tym wierszu, którego metrum przyprawia o zawrót głowy, Kochowski swoistej egzegezy sceny Ukrzyżowania: Pan kiedy umierał na krzyżu, skłonił głowę ku „Północnym ludziom” a Matka, dając znak, że ten wybór Syna popiera, stanęła po „naszej” stronie krzyża. To znaki, symbole, którymi karmi się sarmacka wyobraźnia XVII-wiecznego twórcy. Jest bowiem przy całym swoim szlacheckim zwyczajnym życiu Kochowski mistykiem: jego „Psalmodia polska” to rodzaj prawdziwego testamentu Rzeczpospolitej, tekstu świętego polskiej kultury: napisana biblijną prozą poetycką, gdzie modlitwa własna poety miesza się z językiem Biblii wyraża zadziwiającą prawdę o związku polskiego losu, dziejów, historii, krajobrazu ze sferą nadprzyrodzoną. Nie jest to łatwy tekst, bo Kochowski zachowuje się w języku podobnie jak św. Augustyn w Wyznaniach: w tym co mówi, nie wiadomo kiedy kończy się język Biblii a kiedy zaczyna się jego osobista, prywatna modlitwa. Miał szczęście umrzeć poeta, kiedy jeszcze światło Rzeczypospolitej świeciło w miarę jasno – nie blaskiem odbitym. Ale przeczuwał chyba nadchodzące czasy, kiedy – naznaczony, jak sam utrzymywał, na sędźtwo - kończył swój Psałterz „Testamentem katolickim” i „Wyznaniem opieki Boskiej nad Koroną Polską”.

Krzysztof Koehler