Artykuły

Jadło (szlacheckie?)

 

 

 

Jadło (szlacheckie?) – a któż z nas nie słyszał, mówię znad stolika w kebabiarni w Koszalinie, o sarmackim ucztowaniu, o tych wielkich mężach z brzuchami jak dynie, (por. portret obok) potrafiącymi wlać w siebie morze wina i zagryzać słynnymi udźcami z sarny lub dzika. A pamiętacie taką soczystą scenę z „Potopu”, kiedy Kmicica Oleńka podejmuje i on, w sali jadalnej w jej dworku (por. hasło -dworek), odkrawa nożem grube pajdy szynki (sarmackiej, zapewne, 23 zł za kilogram w Tesco) i zajada łapczywie, a po oczach i zachowaniu widać, że nie tylko takich smaków i ponęt jest on miłośnikiem? Sztuka mięsa z chrzanem – to bohater wielu wierszy, zachwalających kuchnię staropolską; potrawy, jeśli idzie o poezję, często są elementami swoistej gry literackiej: polskie jedzenie, znaczy jedzenie nie przywoźne, swojskie; takie zachwalane jest przez poetów, którzy w słynnej horacjańskiej epodzie Beatus ille qui procul negotiis, (por. hasło - poezja ziemianska) przerabianej w wielu wersjach na polski, w miejscu gdzie powinno się chwalić swojską kuchnię, zdradzali chętnie sekrety swojej domowej kuchenki:

Nie chcę w ten czas gryffów ani potazi,

Co mię nie karmi, lecz kazi.

Niechaj ambra, bażanty dzieją do szczątka

Nie mego pokarm żołądka

Przewoźnych pasztet mistrzów aż od Sekwany

Niech rozdadzą między panny,

Dobry kapłon przed Gody lub w mięsopusty

Schab karmnego wieprza tłusty.

Nie odrzucę wołowej górnej pieczeni

Lub i skopowej w jesieni.

Lub z sałatą cielęcia lub na powtórki

Po sałacie ogórki.

A te wszystkie szafrany, korzenie (ukochane przez szlachtę i podobno używane bez opamiętania), nie, to nie, to należy odstawić i zabrać się za kapuchę, dziczyznę (wieprzowina też nie zła) i piwo wystałe, rybki, grzybki no i skrobia jakaś ew. coś mocniejszego. (por. hasła - Trunki (part one: piwo nie woda) Wino z Węgier, przyprawy orientalne – to na stronę; włoszczyznę odeślijcie Bonie (nie od dzieci, ale królowej) cieszcie się swoim, co wam na polach wyrośnie. W pewnym opracowaniu czytamy: większość spiżarni zaopatrzona była między innymi w kilka gatunków kasz, mąkę pszenną i żytnią, groch, bób, olej konopny, grzyby suszone i kiszone, mięso wołowe i wieprzowe solone i wędzone, nierzadko dziczyzna, starosłowiańskie wędliny, słonina, sery, masło, jaja, miód, który służył do słodzenia potraw oraz miód pitny, drewniane beczułki orzeźwiającego piwa./…/ Jadano ogórki świeże i kiszone, marchew, ulubioną przez Polaków kapustę świeżą i kiszoną, rzepę, czosnek, cebulę/…/ Lasy, wspaniałe i rozległe, dostarczały w wielkiej obfitości wszelkich jagód, liczne rzeki zaś – różnych gatunków ryb, które umiano wędzić oraz konserwować w soli. Jedzenie narodowe może być jak narodowe przywary: za tłusto, z kapuchą, - obciach: uciekamy od przodków ku Włochom czy Francuzom, modne są kuchnie świata; (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa (2) a zarazem wyrastają jak grzyby po deszczu wciąż w Polsce zajady „staropolskie”, koniecznie z imitacją dworkową, z dawnych wieków: kuchnia staropolska – głoszą reklamówki. W środku czeka na was zwykle schaboszczak i kapusta zasmażana i inne podobne potrawy. Czy tak naprawdę jadali Sarmaci? Owszem może bardziej od tego co się jadało, ważny byłby obrządek związany z posiłkiem: cała filozofia przystawek, toastów, logika czy forma napełniania brzucha. Poeci, jak to poeci, wyzłośliwiali się: biesiada – bies siada, bo i faktycznie posiłki nie zawsze (a może raczej uczty, trudno sobie wyobrazić, by miało się tak dziać podczas codziennego obiadu) kończyły się dobrze: nadmiar alkoholu (por. hasło - Trunki (part three: wódki, nalewki) i ogniste temperamenty, kumulowały się w emocje nie zawsze do opanowania. (por. hasła - karczma, biesiada)

Czy zasiadali zawsze w porządku, jaki opisał Mickiewicz w Panu Tadeuszu? Ale też ten Sędzia wydaje się nieco małostkowy z owym przestrzeganiem „dawnych” zwyczajów; małostkowy, by nie rzec: papierowy. (por. hasło - Epika (szlachecka)

Kebabem się nie najem; z plastikowego talerzyka szybko znikają przypalone fragmenty kurczaka umieszczone w dosyć imponującej ilości kapusty i cebuli: jak wyspy na Oceanie Spokojnym, więc zadowalam się opisem sarmackich rajów kulinarnych, ale z dystansem: zapewne na diecie szlacheckiej nie pociągnąłbym długo, marząc o spaghetti albo nie daj Bóg, francuskich specyjałach.

Brakuje mi tylko przypudrowanej peruki. (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa) Czas się chyba, w sarmackim jadle, a jakże wyszkolić. Modnych kucharzy zesłać tam skąd przybyli i zacząć od gryki. W końcu „dzięcielina pała”.

Krzysztof Koehler