Artykuły

żona

 

Żona – temat rzeka, niewyczerpany z tego powodu, że szlachta po wsiach nie mieszkała na modłę singlową ani preferencyjnie odmienną, jedno w stadłach małżeńskich jak przystało a ci, co trudnili się składaniem wierszy i byli pod wpływem Jana z Czarnolasu i czerpali (ulubione słowo Pań Polonistek) z dorobku antycznego na temat „sprzętnej gospodyniej” (por. hasła - domakKobiecość (sarmacka i wieczna) )się ochoczo wypowiadali. Wszystko jedno: protestant czy katolik: żona potęgą była szlacheckiego posiadania. Dosłownie:

Miedzy dobry doczesnymi,

Co Bóg człowieku na ziemi

Z hojnej łaski swojej dawa

A dawać nam nie przestawa,

Nie masz nad żonę pobożną,

Żadna z nią rzecz nie porówna.

Oczywiście portrety żon są różne: są żony co się staro za mąż powtórnie wydały (więc temat wdowa: idealna do strojenia sobie żartów), ale i obrywa się, chyba znacznie częściej szlachcicom starym, którzy żenią się z młódką przyczyniają sobie w życiu sporo przygód i łatwo poddającej się ironii: „Masz męża, który nie może, cóż po niem? /Nie sprzęgają wołu leniwego z koniem” – dworuje sobie z takiego stadła z ochotą Potocki albo opowiada jak stary małżonek grzebie się w księgach a młodą żonę prowadzą do domu (por. hasło - dworek)  nad ranem kawalerowie z muzyką. Jasne, że miłość jednak, odkładając sobie żarty na bok była owocem dojrzałego kompromisu między dwoma osobami będąc całkiem po prostu warunkiem ludzkiego szczęścia na ziemi (ileż, przepraszam, nie mogę się opędzić, szlecheccy żartownisie wylali atramentu pisząc o tym, jakie piekło może uczynić człowiekowi na ziemi zły dobór między mężem a żoną). O delikatnej relacji między dwiema osobami kochającymi się pisze pięknie na przykład Kochanowski w pieśni XX, księgi wtóre, gdzie wzajemna owa relacja ukazana jest przez pryzmat troski: oto mąż troszczy się o żonę, martwiąc się, że jego długa nieobecność w domu, niepokoi żonę, która z kolei swoją troską podobną obejmuje jego:

Nie myślić ona o tym, że ja przy tobie

Głowy nie ufrasuję bynajmniej sobie;

Że w twym pałacu mieszkam, że przy twym boku

Siadam; koń mój, sługa mój, na twym obroku.

Rychlej, niespodobnego będąc świadoma

Zdrowia mego, frasuje swe serce doma,

Żebych jakiej choroby nagłej nie użył

Nie mając, kto by mi w tym jej sercem użył…

Mamy tak samo w literaturze polskiej niesamowicie intrygujący portret psychologiczny młodej żony, której mąż z kolei nie dotrzymuje wierności. Droga przez którą prowadzi swoją bohaterkę Szymonowic ze sielance „Czary” zaiste jednak nie wróży niczego dobrego przyszłości młodego związku: kilkudniowa nieobecność męża w domu, niestety, nie kończy się powitaniem z wałkiem na progu, ale wybaczającym i stęsknionym uściskiem młodej kobiety: jakby nikt młodej szlachcianki nie uczył, że w związku winno być sensowne rozłożenie uczuć i racjonalności: jeżeli to pierwsze biorą górę: a trafi się na okaz wyjątkowo nikczemny i sobą zainteresowany przede wszystkim, należy się raczej spodziewać w przyszłości rozczarowania.

Hm, jeśli chodzi jednak o ową zarysowaną przeze mnie „babcyną” wiedzę, to może warto, co obiecałem ostatnio przypomnieć scenę konkurów Jana Chryzostoma (por. hasło - Pasek) a w ogóle, całe to jego wybieranie się po żonę. Tam chyba mniej jest z uczuć, więcej z kalkulacji, niemniej jednaj historia zalotów – zdaje się – wiele przynosi wieści o obyczajowości szlacheckiej. A poza tym: portret szacownej wdowy, opisany przez jej męża, mocno pokazuje to, czego nie doczytacie się wszędy: tu kobieta podejmuje się negocjacji małżeńskich, (co zresztą pokazuje prawdę o tym, kto naprawdę rządzi: w niektórych rejonach małopolski dalej (a Pasek w Małopolsce żonę sobie znalazł), w liczbie mnogiej nie rządzi rodzaj męskoosobowy – wstrętny dowód męskiej dominacji, ale rodzaj żeński: jeśli małżeństwo wyjeżda gdzieś, i zapytacie żony, gdzie byli usłyszycie dzielne „pojechałymy tam i tam”, co wyraźnie wskazuje, że duch w narodzie żeńskim nie ginie). No, ale posłuchajmy już Paska:

Chciał mię tedy wojewoda żenić z Radoszowską, a Śladkowski zaś, chorąży natenczas rawski, potem kasztelan sochaczowski, gwałtem mię ciągnął do panny Śladkowskiej, dziedziczki i jedynaczki, która miała wieś, Bożą Wolą nazwaną, w ziemi sochaczowskiej bez najmniejszego długu, za którą wieś dał był ociec jej 70 000 w ten czas, kiedy czerwone złote były po złotych 6, talery po trzy. Obadwa tedy psowali mi do owych konkurencyji fantazyją. Śladkowski na tamtę powiedał, że matkę miała swowolną występnicę, żeby i sama taka w nastęstwie nie była; wojewoda zaś na Śladkowską powiedał te słowa: „Coż to, choć ma siedmdziesiąt tysięcy, kiedy sama panna ma niektóre wady, a zwłaszcza zła, jako jaszczurka, i bez mała nie podpija, a tobie trzeba upatrywać, żeby była z dobrymi obyczajami; żal by się Boże ciebie tam! Ale tak, jeżelić się Radoszowska nie podoba, jeszcze ja z tobą rozmaicie mogę, a żenić ci się z Śladkowską nie dam”. Jam tych rzeczy słuchał właśnie, jak kiedy owo na dwa chóry muzyka gra: i ta pięknie, i ta pięknie; bardziej mi się jednak serce chwytało Śladkowski[ej], bo to tam o jej wiosce powiedali, że nie tylko pszenica, ale cybula w polu na kożdym zagonie, gdzie ją wsiejesz, urodzi się; a mnie też bardziej apetyt pociągał do tłustej roli, niżeli do gołych piniędzy.

/…/ Podczas ostatków zapustnych wydawał p. Jan Potrykowski pasierbicę swoję za pana Macieja Potrykowskiego w Glinniku. Pan młody, że mi był krewny, prosił mię, żebym mu drużbił. Pojechałem tedy na owo wesele, a o tym nie wiem, że ludzie mnie samemu wesele gotują, a to takim sposobem.

Pan Śladkowski, teraźniejszy kasztelan ziemie sochaczowski, nie mówiąc ze mną nic o tym, sprowadza do siebie na ostatki pannę z matką i z ojczymem, panem Wilkowskim; mnie tylko po prostu prosił, ażebym z nim zapust zakończył, o bytności panny i o swojej intencyjej nic mi nie powiedając. Ja — prawd[a], żem się obiecał uczynić jego wolą — musiałem przyzwolić na to; myślę sobie, że zaś potem przeproszę Śladkowskiego o niedotrzymanie parolu. Pojechałem tedy z nim do Osowa, a stamtąd na wesele. Pan Śladkowski, o tym nic nie wiedząc, spodziewał się, że będę. Posyła umyślnie do Glinnika z listem, prosząc mię, żebym przyjechał, a po staremu nie pisze o swojej intencyjej, że zaraz i chce przyspieszyć, z matką już postanowił, i ksiądz jest, co bez zapowiedzi miał dać szlub. Żadnym sposobem moi bracia Chociwscy nie dali słowa na to rzec, deklarując: „Choćbyś się na nas porywał, to cię nie puściemy, bośmy ciebie bliżsi; ale jutro pojedziesz, a dzisiejszy też dzień daruj nam”. Nie mogło tedy być, tylko tak, bo i konie, i wszystko pochowano; a tu poseł za posłem bieży, że dzień zszedł. Samym wieczorem przyszedł list od samej paniej, Myszkowsk[ej] z domu, gdzie mi wypisuje samę rzecz szczerze i oznajmuje, że „mężowi na mię gniewno, gdyż taką, miał intencyją, żeby cię [w] Wstępną Śrzodę panem młodym nazywano, a teraz żałosny, że jego afektem gardzisz”. On list pierwej oni przejęli, odebrali, a obaczywszy białogłowski charakter, tym bardziej, żeby się dowiedzieć jakiej skrytości, odpieczętowali go, a przeczytawszy, rzecze Floryjan Chociwski: „A już go też teraz nie utrzymamy, ba, po prostu i trzymać się nie godzi w takich rzeczach; zaledwie i sam z nim nie pojadę, bo to chodzi o przyjaźni konserwacyją”. Tak to u mnie fortuna była jakaś chwytliwa, gorąca, co się temu i ludzie dziwowali, a po staremu postanowienie nie mogło być ani lepsze, ani gorsze, jeno tak, jak P. Bóg chciał. Nazajutrz, podziękowawszy wszystkim — już było po południu — skoczyłem ja tedy wielką ryścią, a czasem i na cwał, widząc, że wieczór. Nie ujechałem o pół mile, począł się kurzyć śnieg, a potem się zmierzchło. Przyjechaliśmy tedy, zsiądę z konia, aż już rybną wieczerzą noszą i już świta; drudzy goście spali i ojczym pannin, pan Wilkowski. Obaczą mię oboje, gniewliwi. Powiedam ja, że „ta przyczyna, żeście mi w pierwszym liście nie wypisali szczerze, ostatni też list przejęto i nie oddano go, aż już, gdym wyjechał ze wsi”.


Dopieroż trochę ochłodli, zaraz uznali, żem to nie uczynił na żadnę wzgardę; miałem też z sobą gębę i konceptu podostatkiem, którymi ich ukontentowałem, i mówię: „Moje zacne państwo, [dobro,] któreście mi mieli dziś wyświadczyć, przygodzi mi się i jutro; wszak to nie nowalia i [w] Wstępną Śrzodę wesele, a zwłaszcza, kiedy mamy prałata nie skrupulata i biskupa się nie boi”. Już była poczęła przypadać na to pani kasztelanowa, ba, natenczas jeszcze chorążyna, ale sam deklarował, że to być nie może, ale już to musi być do maju. Jak ci odesłano do maju, to się rozchwiało po gaju; bo znać, że tego P. Bóg nie chciał, jako zaś i sama dama wymówiła na pewnym weselu: „Lubo była Wola Boża, a przecie nie było wolej bożej”. Skoro tedy przyszedł maj, pan Śladkowski był na urzędziem, posłem w Warszawie, matka też pannie umarła i tak się owa impreza zwlokła. Chłop strzela Pan Bóg kule nosi.

Lubomirski potem umarł, hetman Potocki umarł, komisyja lwowska nastąpiła, a tymczasem, że owa impreza poszła w odwłokę, pan Jędrzej Remiszowski, mając za sobą Paskównę, siostrę moję stryjeczną, jako zwyczajnie swój swemu, począł mi raić rodzoną swoję, Remiszowską z domu, Stanisława Remiszowskiego córkę, i namawiał mię, żeby jechać w Krakowskie, poznać się tylko a potem dopiero, jeżeli się będzie zdała ta okazyja, dopiero o dalszych terminach radzić. Miałem to tedy na pamięci, a tymczasem skończyła się lwowska komisyja. Namówił mię, żeśmy pojechali w Krakowskie. Pojechał pan Remiszowski do Olszówki pod Wodzisław do siostry swojej, ja zaś do wuja mego, pana Wojciecha Chociwskiego. Stamtąd, wziąwszy z sobą wuja i syna jego, umyśliłem sobie: „Nie damy za to nic, choć tej wdowie przypatrzemy się; wszak mam inszą okazyją gotową, jeżeli się ta nie będzie zdała, bo panny Śladkowski[ej] pewnie przede mną nicht nie weźmie”. Przyjechaliśmy tedy do Olszówki w sam dzień święta narodzi Najświętszej Maryi Pannej zażywszy nabożeństwa u obrazu cudownego N. Panny.

Przyjechaliśmy tedy bez muzyki, żeby się to nie znaczyło, że w komendy; aleć uznawszy szczerą inklinacyją — i strona gospodarza poczęła się przymawiać o muzykę — posłałem dopiero do Wodzisławia; wnet ich przyprowadzono. Dopieroż w taniec. Pyta mię wuj: „Cóż ci się podobała ta wdowa?” Odpowiedziałem: „Bardzo mi się jej serce chwyciło; gdyby można mówić z nią dziś i wyrozumieć, jakim mi jest przyjacielem?” Odpowie wuj: „Mówić z nią dziś nie jest moda, bo to pierwszy dzień; ale co o przyjaźń, już ja zrozumiał, żeć jest przyjacielem, bo ja białogłowę zaraz zrozumiem, kogo upodoba, choćby do niego i słowa nie mówiła. Możesz tu nie powątpi[e]wać w tej okazyjej; jeżelić się samemu podoba, pewnie cię, widzę, nie minie. Jakoż i gardzić nie masz czym: białogłowa poczciwa, gospodyni dobra, w domu porządek i dostatek wszelki; te wioski, co to trzyma, prawda jest, że to jest arenda, ale ona ma piniądze i na Smogorzowie dożywocie. Luboć to tam uwięzili w rękach rodzonego dziecinnego stryja, u pana Jana Łąckiego, człowieka z głową niespokojną, aleć ja o ciebie się nie frasuję, będziesz umiał sobie z nim postąpić. Ponieważ ci tu P. Bóg skłonił serce, jego to jest święta w tym wola, a ja jutro, da P. Bóg, traktować o tym [będę]”.

Po tych mowach poszedłem do tańca z nią, a przetańcowawszy, usiadłem też z nią zaraz obok. A już mi się przecie podobała była i że to z młodu bywała gładka, mnie się też i natenczas widziała młoda i nigdy bym nie rzekł, żeby miała te lata, czegom potem doszedł: w czterdziestu sześć za mnie szła, a ja myślałem że nie ma nad 30 lat. Druga racyja cieszyła mię, żem widział córeczkę ostatnią, Marysię, we dwóch lat, i miałem nadzieję, że też jeszcze i dla mnie P. Bóg da jakie chłopczysko; jakoż i byłoby było, gdyby była nie ludzka złość/…/ Ale temu dawszy pokój, bo się to już raz na P. Boga spuściło, wracam się do owego z wdową komplementu. (tu następuje przytoczenie długiego dialogu, czytać go jednak bardzo warto!)

Dopiero ja podziękowałem. Wypisować, co się przy afektach mówiło, siła by. A potem — miałem wyrostka Dzięgielowskiego, co grał na skrzypcach i śpiewał ładnie — kazałem mu zaśpiewać:

Niech komu nadzieja ściele

Różnych fortun na myśl wiele:

Ja już będę tryumfował,

Kiedym szczęśliwie stargował.

Domyślili się, co się dzieje, po tej pieśni.

Przyszedł do nas brat jej rodzony: „Wierę, siostrzyczko, a godziło się to, nie radząc się nas? Ale dobrze i tak, chwała Bogu!” Owa się omawia, że tu nic nie masz, tylko że pieśń śpiewają taką, jaki ma w sobie tekst. A oni już wmawiają gwałtem, że „jużeś deklarowała”, piją za zdrowie vivat. Pierzcień jej obaczywszy u mnie na palcu, tymże bardziej potem tańcować, podpijać, jak to bywa. Już tedy bez wszelkiej ceremoniej poczęliśmy z sobą mówić o terminie ślubu; ona powiedziała: „Choćby i jutro, gdyby nie piątek”. Ja jednak, podziękowawszy za deklaracyją skutku prędkiego, mówię: „Moja Mościa Pani, ja mam rodziców, bez których błogosławieństwa odmieniać stanu nie mogę, bo takie mam od nich przykazanie. Z łaski WMMPaniej dosyć mi się stało, kiedy mam słowo, którego, rozumiem, że mi WMMPani dotrzymać raczysz; ja też pewnie takim nie myślę być niestatkiem, a w ostatku niech będzie to słowo na papirze. Ja za dwie niedzieli tę drogę objadę, wolą rodziców uczyniwszy, krewnych też tu cokolwiek z sobą sprowadziwszy, będę kłaniał WMMPaniej i o efekt danego słowa prosił”. — „Żadnym sposobem to[by] być nie mogło, ale zaraz żeby było, jeżeli ma co być”. Już tedy i pan brat Jędrzej przystąpił do tej rady, namawia, prosi, żeby nie odwłóczyć, obiecuje wielkie uczynności, zapisy. Jak mi tedy poczęli oboje głowę mozolić brat z siostrą: „Jeno koniecznie żeby to w niedzielę było, dalej nie odwłóczyć; pobłogosławią tobie rodzicy i potem, a jeszcze to ważniejsze, kiedy obojgu błogosławić będą”, już mi też i żal było owej kobiety, widząc jej wielki afekt, i mówię: „Życzysz WMMPani, żeby tak było?” Odpowie: „Życzę, Bóg widzi, bo ani wiem, czemu mi Bóg do ciebie skłonił serce”. Dopiero deklarowałem: „Niechże tak będzie, jako jest wola boska i wola wasza!” W niedzielę piszę list do pana sochaczowskiego, prosząc na wesele oraz i o muzykę; a tymczasem pojechaliśmy do kościoła do Mironic. Jak tam przyjechał mój Orłowski, przyjdzie [Śladkowski] do żony, która jeszcze leżała, powie jej to; kiedy się to porwie z łóżka, wypadła do izby w koszuli, pyta: „Co to tam, Orłowski, robicie w Olszówce? Sen to ty jakiś powiedasz? Nie wierzę ja temu”. Powie Orłowski: „Nie sen, Mościa Pani, bo tam już do tego czasu, nie wiem, jeżeli do szlubu nie jechali”. — „Kiedy to tak, co prędzej pisz list! Biegaj do pana, proś, żeby się zatrzymał, aż my przyjedziemy; gdyby mi szyję stracić, to z tego nic nie będzie”. Pobieżał Orłowski, list wziąwszy. A tam rozruch: „Zaprzągaj! Ubieraj się!” Przybieży Orłowski; już nas zastał w kościele. Przeczytam list. Sama zaś kasztelanowa na końcu listu przypisała: „Przez miłość boską proszę cię i zaklinam, zatrzymajże się z szlubem aż do mego przyjazdu; będzie to z twoim lepszym”. Oddałem ja [się] tedy Panu Bogu, prosząc: „Boże mój w Trójcy Świętej [jedyny], proszę Cię, Stwórcę swojego: jeżeli jest z Twoją przenajświętszą wolą to przyszłe moje postanowienie, racz łaską Ducha swego przenajświętszego natchnąć serce moje, czy czekać, czy nie czekać”. Skończyła się msza; mówię tedy do żony swojej przyszłej: „Mościa Pani, cóż to czynić: czekać czyli nie?” Rzecze: „Dla Boga, nie czekać, bo oni nam zatrudnią rzeczy”. Poszliśmy tedy do ołtarza, zagrano Veni Creator; wzięliśmy potem szlub. Idziemy już od ołtarza, aż tu walą się we drzwi jego kapela. „A my do usługi WMMPana”. Ja rzekę: „Jużeście omieszkali do ołtarza, ale u stołu nagrodzicie to nam”.

Pojechaliśmy do domu z gościami, aż też dopiero jadą owi państwo; inwektywa na mnie, gniew, furyja: a że „tak miało być?” a że „takie słowo szlacheckie? Przynajmniej nas było poczekać z szlubem”. Im się omawiam, że już list przyszedł po szlubie i pierwszy, i teraźniejszy; darmo. „Czemuś do nas nie wstąpił, tu jadąc?” Gniew. Sam ci zaś przecie już nie uważał, a podpiwszy sobie, był wesół, żonie też swojej mówił: „Już to temu dać pokój! Znać, że to wola boska, niech mu Bóg błogosławi”. Ale sama gniewała się, jeść nie chciała, przymawiała i w taniec nie poszła, aż nazajutrz; a my po staremu weseli byli. I tak się musiało stać, jako się Bogu podobało, nie jako ludziom; niech Jemu będzie wieczna cześć i chwała! Bo pewnie bym był kontent z tego ożenienia, gdyby mi Pan Bóg dał chłopca jednego z nią; ale i tego nie masz, i kłopoty wielkie ogarnęły mię dla jej dziecinnych interessów, o czym będzie niżej.

Hm. Pan Pasek w 1667 liczy sobie ok. 30 lat. Jego ukochana, jak pisze, 46! 16 lat różnicy: toć to prawdziwie nowoczesne stadło było!

Krzysztof Koehler