Artykuły

odsiecz wiedeńska

 

 

Odsiecz wiedeńska - rozgorzała w Polsce wielka dyskusja inspirowana filmem włoskim o wiedeńskiej odsieczy. Naród zastanawia się czemu w filmie Polacy grają epizodyczne role. Ja widzę w tym pewien zamysł: popatrzcie: w filmie jest nawet miejsce dla Kmicica – Daniela Olbrychskiego, który tu świetnie statystuje potakując i „ognia” wołając: to ma znacznie interpretacyjne: z głównego bohatera lat 60., w latach 80. Kmicic - Olbrychski w latach posunięty przekształca się w statystę: bo do tego się nadaje, kolubryny już nie wysadzi, na jednej ręce się nie podciągnie, boczków sobie przysmażyć nie da Kuklinowskiemu ani nikomu innemu, nie ta energia, nie te emocje, postać zupełnie inna.

Rozgorzała w Polsce wielka dyskusja. Naród zastanawia się czemu w Polacy nie grając głównych ról, oddali też pole do działania Włochom w dziedzinie filmowej produkcji na temat zwycięstwa, które sławą okryło nasze wspaniałe rycerstwo. Owszem, sławą okryło, ale czy sens miało?

Wszystko zaczęło się dla mnie w 1983, kiedy to hucznie i głośno władze PRL-u obchodziły rocznicę odsieczy. Jakoś już wtedy wydało mi się to wszystko podejrzane: gdzie Rzym a gdzie Krym? Towarzysze z monopartii na trybunach zapewne świętowali rocznicę w jakimś zbożnym celu, ale co to był za cel, dociec nie umiałem, lekko odklejając się od tego orkiestrowanego świętowania.

A i do Turków nie umiałem wzbudzić w sobie niechęci; pamiętając gdzie chronili głowy za granice dowódcy pierwszego antyrosyjskiego powstania w Polsce – konfederacji barskiej, pamiętam legendę o Pośle z Lechistanu, pamiętam gdzie i po co umarł Mickiewicz: kto tylko żyw i nadziei nie tracił liczył na Turcję: tylko ona mogła coś zdziałać w konflikcie z Rosją. Europa raczej gładko sprzedała nas sąsiadom. A i odsiecz wiedeńska napawała mnie sporą niechęcią: nie, żebym nie doceniał talentów militarnych naszych dowódców albo jakąś żywił niechęć do króla Jana: nie, nasz sarmacki wódz i nasi sarmaccy przodkowie potrafili, jak mało kiedy, mocno popracować nad PRem ówczesnym, dbając o to, aby wiedeńska wiktoria odbiła się echem na europejskich dworach: pięknie monarcha pisał do Innocentego XI: Venimus, vidimus et Deus vicit, wydawano okolicznościowe utwory, dbano o wysoką jakość grafik czy kunsztownych apoteoz. Król odbierał gratulacje od koronowanych głów, w Rzymie obchody Wiednia ciągnęły się tygodniami. Papieżowi udało się wreszcie zawiązać Świętą Ligę! Papieżowi udało się wreszcie wciągnąć do niej Rzeczpospolitą!

Nie mogę polubić Wiednia, bo nie mogę zapomnieć o rozbiorach i udziale w nich austriackiej cesarzowej. Nie potrafię. To nie tylko kwestia wdzięczności, ale logika siły: Wiedeń otworzył Austrii drogę do wielkości i… jakoś paradoksalnie coraz mocniej zamykał ją przed Polską.


Wiedeń odebrał sarmackiej idei antemurale,antemurale (2) sens: albo lepiej: wyczerpał ów sens, jak wyczerpuje się wodę z wysychającej studni: polityka polska się spełniła, dokonała. Po 1683 powstała pustka, malejąca rola Turcji, wzrastająca rola Austrii, coraz silniejsza Moskwa, która już otwarcie ponad Rzeczpospolitą prowadziła swoją politykę zachodnią. Nie potrafiono po 1683 stworzyć nowej idei, ku której warto poprowadzić wspólnotę polityczną. A propos: czy Państwo widzicie takie sens istnienia Polski dzisiaj? Po co to trwa wszystko, wiecie? Ja nie wiem, więc przenoszę się w czasy kiedy jeszcze było wiadomo. (por. hasło – oni-my) Zanurzam się w moczarach (por. hasło – palus sarmatica )

Niby wiadomo czemu król Jan III musiał się zgodzić na Wiedeń (osamotnienie, zagrożenie ze strony Turcji, dziwne, jak zawsze, zachowania Francji), ale też godząc się na to, przekreślał wiekowy podstawowy rys polskiej polityki międzynarodowej. A tego się w polityce nie powinno robić.

Wielkie imperia czy tylko znaczące politycznie kraje, nie odmieniają bowiem swoich podstawowych pryncypiów międzynarodowego postępowania: jednym z kamieni milowych polityki Rzeczpospolitej był mianowicie pokój z Turcją a w najlepszym razie zabieganie o to, by kosztem Turcji, wszedłszy w alians z Niemcem, nie osłabić jej, zawsze kosztem niemieckiego czy moskiewskiego sąsiada. Wiedzieli o tym dobrze Jagiellonowie, wiedział potem Jan Zamoyski, wiedział Zygmunt III Waza i jego następcy – zapomniał (się) na moment Jan III Sobieski – Piast na tronie. Nie można – to prawda – zarzucać polskiemu królowi, że nie przewidział czarnej niewdzięczności Austriaków, ale że zapomniał jednej z ważniejszych zasad polityki Korony? Jak najbardziej!

Nie pierwszy to bowiem raz legaci papiescy przybywali na dwór Polski łudząc monarchów i płacąc stronnikom. Zawsze jednak słyszeli niezmiennie od Polaków to samo: wielką werbalną gotowość, poparcie całym sercem, ale to musiało legatom wystarczyć. Jakoś antyturecka liga z udziałem Królestwa Polskiego nie mogła się zawiązać.

Wiadomo: pokój z Turcją lub życzliwa neutralność były kosztowne: wyprawy Tatarów, sponsorowane przez Portę, zapędzały się, bywało pod Lwów, ale wzajemnie - Kozacy nie bardzo przejmując się pokojem wypuszczali swoje czajki głęboko w tureckie ziemie… i spory o Mołdawię, i – niekiedy – wojskowe konflikty, ale zdać się na Świętą Ligę pod auspicjami Niemca? Jawne samobójstwo! Turcja była dla Rzeczpospolitej zawsze gwarantem równowagi.

Nie lubię wiedeńskiej wiktorii i martwi mnie taka akurat, jak w ślepą uliczkę wiodąca, chwała polskiego oręża.

Wolę bitwę pod Kircholmem, Orszą, wolę Grunwald nawet, czy bitwę pod Oliwą, Połonką (o której u Paska (por. hasło - Pasek czytam), obronę Jasnej Góry. Jakoś żywić się Wiedniem, na Boga, nie potrafię.

Krzysztof Koehler