Artykuły

karczma

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Karczma - a kiedy takie dni przychodziły jak dzisiaj; wczesnym listopadem pojawił się śnieg, wszędy zaległo niezmordowane polskie błoto, jak jaki Serbinów nieustanny, wszechstronny, a trzeba była w podróż ruszać do sądów albo na sejmik; z nieba ciekło, koń w błocie się taplał, wóz poskrzypywał i Sarmata, ukryty pod wątłym przykryciem wozu, zagląda coraz częściej do - coraz większą pustką świecącą - flaszeczki. Wzdycha i wtóruje mu pisk, jęk, skrzyp, wydawany przez opisaną w Roxolanii Klonowica ruską kolaskę:

Wieśniak żelaza nie używa zgoła,

Lecz drzewo drzewem spaja i naciska

On kłodek kolnych tłuszczem nie powleka,
Ani żywicą napoi swej osi;

Ruską kolaskę posłyszysz z daleka.

Ale już nie ma daleko, widzi cel…

Rad bym w czas konie wyprzągł. Aż obaczę kościół.

Musi tam być i karczma. Tak jednym zawodem

Ducha z ciałem popasę. Poślę chłopca przodem,
Żeby nim się ofiara dokończy nabożna,

Na stole mnie pieczenia czekała podróżna…

Karczmy w Rzeczpospolitej to nie jest łatwy temat. Ich nazwy, skrzętnie przez Bystronia pozbierane dosyć dobre dają wyobrażenie o tych „przybytkach ziemskich rozkoszy”: Przysługa, Czekaj, Popas, Hulanka, Mordownia, Zabawa, Utrata, ale też znany z Mickiewicza zajazd „Rzym”. Karczma była dość wielkim drewnianym budynkiem, składającym się z właściwej chaty, tj. izby z sienią (por. hasło - sień) i alkierzem, tudzież obszernej szopy „stanu”, która była zarazem stajnią, wozownią i halą noclegowa dla podróżnych, którzy czy to dla zgiełku, czy zaduchu, czy wreszcie braku miejsca nie nocowali w izbie. A dlaczego bywało, że nie sypiali w izbie podróżni, wyjaśni – co prawda dosyć okrężną drogą - Potocki, który w swojej Defluitacji podgórskiej będzie wykazywał ekonomiczną przewagę „pławienia zboża” w Małopolsce. Dosłownie: nie wysyła się stąd go Wisłą do Gdańska tylko… przerabia na bimberek i sprzedaje arendarzowi. Ale, powiadają, iż gdzieś mniej więcej od XVII wieku mieli właściwie monopol na arendę Żydzi. Znamy postaci arendarzy z Pana Tadeusza, z Wesela czy z dramatów barskich Słowackiego.

Ta woda, co prze gębę, kęs wyżej Podhajec,

Prądem bieży za węgieł, moje chodzi żniwo:

Po trzy grosze gorzałka, po dwa grosze piwo.

Nie przeszkodzą mu susza, nie przeszkodzą mrozy,

Zawsze bezpieczne, zawsze wolne mam przewozy.

Wiatr w dudach, kiedy przy nich rznie gądek wesoły,

Pełna go będzie karczma z bździnami na poły.

Podróżnicy Zachodni uwielbiają narzekać nie tylko na polskie drogi i mosty, ale też na karczmy nasze. Wędrowiec, podobno, bywa tu skazany  na spanie w wielkiej szopie razem z końmi, oszczędzają mu na słomie, na łóżko nie ma co liczyć, w izbie panuje zaduch i często smród, idący od tego, co zachodnie nozdrza napawa przerażeniem: ogromnych beczek kapusty kiszonej. Mniam. Ale furda spanie: tam po prostu, jak się rozanielono w zabawie, po prostu nie bywało bezpiecznie. Twierdzi Bruckner, że był zwyczaj pić w karczmie „rzędem”. Cytuje w dowód wokabularz krakowski z 1537: chłopom nie jest dobrze borgować, bowiem nieradzi płacą rząd. Pić z chłopami w karczmie? Ale chyba nie tylko pić: Haur (XVII wiek!) dowodzi, że Karczma ma mieć muzykę zwyczajną, dudę i skrzypka, którym tanecznicy płacą, osobliwie ci, którzy w tańcu przodkują/…/ albowiem szynk bez muzyki, wóz bez smarowidła, taniec bez dziewki za nic nie stoi. Faktycznie więc może bywało ostro i gorąco w karczmie, jak czytamy w jednym „reportażu” napisanym przez Daniela Bratkowskiego (notabene ściętego przez kata na rynku w Łucku, podobno):

Nie masz gorszego nad śmierć furyjata,

Między pijanemi nie masz onej brata.

Gdy z pijanicami śmierć sobie doliwa,
Z każdym ma zwadę straszliwe zarywa.

Na tego mruga, temu nosem kręci,

Flaszki, kieliszki tłucze bez pamięci.

To się do szabli za rękoiść bierze,

Pocznie przymawiać tej i owej wierze.

To wąs pociąga, namarszczywa czoła,

Każdemu lezie w oczy jako smoła.

Spod łba wywróci strasznie w górę oczy,

Każdego trąci, gdy się w taniec toczy.

Ten mówi „zagraj”, ona grać nie każe,

Gdzie, co obaczy na ściennie, wnet maże;

To z pistoletów każe strzelać śmiele,

To na podwórzu koniem harców wiele;

To słówka (słówka) chwyta, inaczej wywraca,

Czapkę na głowie sam i tam obraca;

Da chłopcu w gębę, cudze służki złaje,

Do tego wypił, innemu oddaje;

„To nie stawiana”, mówi, „Panie bracie,

Ja spełnił chyżo, czemu to trzymacie?”

Brat spełni, ona znowu mu dolewa,

„Wszak, mówi, moja gęba nie cholewa”.

Wszystko to śmierci, śmierci dokazuje,

Gdyż kto tak czyni, śmierć to w nim sprawuje.

Rzadko takowy kiedy śmierci minie,

Wszakże przy kuflu biedna mucha ginie.

Zatem i nasz szlachcic, ten w ruskiej kolasce, już, już dojeżdża do karczmy, ale za głośna tu muzyka, za głośne krzyki i śpiewy. Za wielki harmider. Dlatego pojedzie w tym deszczu i śniegu dalej. Może jeszcze przed zupełnym zmrokiem natrafi na „wysoki komin” i braterska szlachecka hospitalitatis otworzy przed nim gościnne bramy rodowego domostwa (por. hasła - dworekizba jadalna)...

Krzysztof Koehler