Artykuły

Polowanie

 

 

 

 

 

 

 

Polowania – podczas uroczystej prezentacji portretu zimy  (por. hasło - Zima) w naszych moczarach zapewne niektórzy z Państwa zauważyli ważny dosyć element zimowego krajobrazu: polowanie. To było, jeśli dobrze rozumiem nasze teksty ustanawiające zasady ludzkiego życia, zatrudnienie bardzo zimowe. Rozumiem, że jego zimowe powodzenie wynikało z kilku powodów: nie ma co innego przy gospodarstwie do roboty w okresie zimowym; wszystkie pola uprawne zawalone są śniegiem i można bez urazy sąsiada gonić szaraki po jego ojcowiźnie (nie stratuje się zboża, ani nie zadepce pastwisk), wreszcie – idą święta i jakąś skromną dziczyzną można by stół świąteczny ubogacić. Znowu nie tak bardzo skromną: sarny, zające, ptactwo, dziki i co tam jeszcze uda się ustrzelić, ułowić, we wnyki złapać. Pisząc te słowa przypominam sobie moje wczesne dzieciństwo wpatrzone w Dziadka-Myśliwego, który zimową porą faktycznie przepadał sporo na polowaniach a potem jego trofea kruszały przed świętami na balkonie w bloku; raz zające ułowili sobie na wędkę sąsiedzi z góry (takie przynajmniej było przypuszczenie), raz gęś czy inne stworzenie Boże, które kruszało na „czerninkę” świąteczną (jak można jadać zupę z krwi? – nie mogłem pojąc tych obyczajów pogańskich, dzikich, wschodnich, kresowych), ale „kruszało” odrobinę za długo i spłynęło z uwięzi, bo przy długotrwałej odwilży przekształciło się… a nie będę tego rozwijał. Zatem mnie łatwiej może przenieść się do tych zimowych polowań, które przez Kitowicza opisywane są następująco:

Mężczyźni najwięcej bawili się polowaniem, które wszędzie każdemu po cudzych kniejach tak wolne było jak po swoich własnych; i nicht nie mógł zbraniać polowania sąsiadowi, a choćby i zza dziesiątej granicy przybylcowi, plądrującemu po swoich kniejach i polach. Wszakże tej wolności, prawem dla wszystkich pozwolonej, wielcy panowie nie dopuszczali nikomu w swoich dobrach, goniąc i bijąc takowych, którzy się w pańską knieją zapuszczać swoje myślistwo odważali. Z czego częstokroć przychodziło do zabójstwa, a potem do procesu prawnego. Po odbytym myślistwie w wieczorne chwile bawili się Polacy rozmowami o szczęściu polowania, kuflem i kartami albo też warcabami lub kościami. Taż sama zabawa była w dni święte, w które się polować nie godziło, i w czasy nie służące do polowania.

Tak; już w wielkim dziele polskiej kultury Carmen de statura feritate ac venatione bisontis (czyli po naszemu Pieśń o Żubrze) mamy do czynienia z ustaleniem pewnych zasad postępowania uczciwych Polaków: od wiosny do jesieni w polu (boju, ma się rozumieć, w walce o obronę płotu, przedmurza Chrześcijaństwa, por. hasło - antemurale), zimą zaś, żeby nie wyjść z wprawy, na polowanie, na upatrzonego, w zmaganiach z dzikimi bestiami, głębokimi śniegami, własną słabością, strachem, zmęczeniem czy nudą, a potem, po powrocie wokół komina przy kolacyjce, i kilku głębszych, kiedy ciepło rozkłada od środka, na oczy powoli opadają powieki, kiedy jeszcze policzki szczypią i dusza śpiewa, toczą się opowieści o myśliwskich podbojach, dzisiejszych, przeszłych, przyszłych, mieszane z opowieściami z polityki, sejmiku, sejmu, wojny z Turkiem, wojny ze Szwedem, wojny z sąsiadem, nikt nie podchodzi do czarodziejskiej skrzynki, nikt nie otwiera niebieskiego okienka, toczą się opowieści, mówią, mówią, gadają, przekrzykują się, krzyczą, śpiewają, wrzeszczą, kto ustrzelił, kto był pierwszy, kto uciekał i czyje to były psy (ale to był na pewno mój pies, Abas, psi tropiciel, a nie, Rejenta czy Assesora) i jakie piękne oczy ma Panna Anusia, Panna Olusia; a za oknami wiatr naciska na szyby, śnieg sypie i myśliwcy cieszą się w głębi ducha, że nie muszą na tę zadymkę wychodzić…

Krzysztof Koehler