Artykuły

Rzeczpospolita, drugi Rzym

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rzeczpospolita, drugi Rzym – tak, wiem, że brzmi to dzisiaj dziwacznie i przypomina Moskiewskie sny, ale nic na to nie poradzę, że Rzeczpospolita, w oczach przynajmniej części szlacheckiej społeczności, stanowiła duchową i trochę instytucjonalną kontynuację Rzymu. Oczywiście Rzymu Liwiusza, Rzymu republikańskiego, w którym jak w wodzie ryba czuł się jeden z ważniejszych dla szlachty pisarzy – Marek Tulliusz, a nie Rzymu cesarskiego, o którym z – chwilami – gorzkim sarkazmem lubił pisać swoim rozbudowanym, zakręconym szykiem stylistycznym Tacyt. Przenoszenie idei res publica na grunt staropolski opisała miłośniczka staropolszczyzny (por. hasło – miłośnik staropolszczyzny) Dorota Pietrzyk- Reeves  w swojej wydanej prawie wczoraj książce Ład Rzeczypospolitej. Polska myśl polityczna XVI wieku a klasyczna tradycja republikańska. Wiadomo już, iż będziemy do tej książki co i rusz w moczarach wracać, bo nie dało się będzie bez niej o Rzeczpospolitej rozmawiać, tak ważna to i potrzebna praca. Ale, właśnie, jej lektura uświadomiła mi, że idee rzymskiego republikanizmu, które zaszczepiała młodzieży szlacheckiej nieśmiertelna erudycja szkolna (por. hasło - szkoła),  (która niezmienna była aż do zmiany cywilizacyjnej opisanej przez Zbigniewa Herberta w jego wierszu Przemiany Liwiusza) wkraczały na grunt Rzeczpospolitej tak samo od strony poezji, w wyniku tego, co czynił z Horacym Jan Kochanowski, w jaki sposób ten nasz Ojciec Prawodawca pracował nad tekstami rzymskiego mistrza, co dopisywał do jego pieśni na polski grunt przenoszonych, a co wymazywał. Kiedy bowiem, czytając Pieśń XIV z ksiąg pierwszych w naszych rozważaniach o szlacheckim stole (por. Hasło – stół) uświadomimy sobie, że to staropolskie poetyckie ustanawianie szlacheckiego dworkowego (por. Hasło – dworek) bytowania (podobnie jest ze szlachecką deklaracją ziemiańską wyrażoną w przełożeniu na język polski przez Kochanowskiego epody Beatus ille qui procul negotiis (por. hasło – poezja ziemianska) ma pierwotny wyraz w łacinie, w rzymskiej poezji, to wszak to nawiązywanie, ta kontynuacja musi znaczyć i napawać przekonaniem, że nie tylko instytucje ustrojowe (monarchia mixta), ale też wiejskie dworkowe życie szlacheckie ma w sobie rzymskie, antyczne dostojeństwo. Co ciekawe to Horacy jest prawodawcą owej szlacheckości, a nie Wergiliusz (por. zdjęcie paszportowe na początku tekstu) – co charakterystyczne dla Polaków - który nigdy nie stał się ich poetą, bo być może wyczuwali w nim od zawsze ów zupełnie do Polski nie pasujący imperialny ton, ani tym bardziej Nazo, który musiał Sarmatów trochę zapewne rozśmieszać, kiedy tak strasznie cierpiał, zesłany za karę z centrum na zapadłą prowincję sprzed oczu satrapy: dla szlachty, która hurmem prowincję zamieszkiwała i z dumą powtarzała sobie „i króla-m widał”, co im wystarczało z nawiązką za cały kontakt z centrum, takie utyskiwania, żale i elegijne zaśpiewy zapewne musiały brzmieć nieco sztucznie. Co innego Cycero - autor republiki. Co innego Horacy, ten, który nakazuje w swoim domu wiejskim spoglądać na nadchodzenie zimy, ale cieszyć się chwilą i stołem przy kominku; tak, ten może być uruchamiany przez Kochanowskiego, by mówić o Polsce. Ale jak?

Charakterystycznie twórczo, bo Kochanowski (a może właśnie i cała polska kultura do wieku XVIII)  nie mając kompleksów nie kopiuje, nie naśladuje, nie małpuje, słowem nie jest ani pawiem, ani papugą. Emuluje – znaczy współzawodniczy, znaczy w zgodzie z własnym przekonaniem wybiera jedne kwestie, podkreśla, inne pomija, bo sięgając do Dawnego czyni coś Nowego.  Dowód?

Kochanowski „przenosi” na polski grunt Horacego, ale w miejscu gdzie Horacy powiada (w tłumaczeniu jakże rozumiejącego o czym mówi Juliana Tuwima):

Spójrz, jak Soraktu szczyt,

Biało się jarzy w śniegu

Rzeki ściął ostry mróz

I zatrzymał je w biegu…

Kochanowski powie:

Patrzaj, jako śnieg po górach się bieli

Wiatry z północy wstają,

Jeziora się ścinają

Żurawie, czując zimę, precz lecieli.

Bo i za bardzo góra Sorakt go nie obchodzi, ale też na jej miejsce żurawie, ptaki Rzeczpospolitej wprowadza (prawie orły). Ale to są kwestie tylko ornamentyki słownej. Dalej jest znacznie ciekawiej, bowiem rozmowa przy oknie w pomieszczeniu, albo raczej rozmowa z widokiem na zimę przy stole i winie, która odbywa się w tym pięknym wierszu, toczy się jak odpowiedź na sławetne pytanie „Jak żyć?”. Jeśli – powiada Horacy - wszystko się zmienia, odchodzi, ginie, wszystko się traci, bo wszystko przemija, to carpe diem. Kochanowski mu wiernie towarzyszy: „Niechaj nie schodzi cało, coć się do rąk dostało” albo we frazie „Krótki wiek długiej nadzieje nie lubi”, no ale potem rzymski poeta proponuje całkiem dosłowne rozwiązanie fabularne na te rozważania przy winku:

Zanim ci przykry szron

Włosy przysypie, młody!

Idź na ulice, w tłum,

Zaznaj miłej swobody

Schadzek wieczornych przy świetle tajemnym…

Chętnej dziewczyny śmiech

Zdradzi ją w kątku ciemnym,

Kiedy zsuwasz w dół

Klejnot jej naramienny…

Niby się wzbrania, lecz opór daremny.

Kochanowski zaś swego dyskutującego bohatera twardą ręką trzyma już w tym jego szlacheckim dworze, przy stole, nie wyprowadza w miasto, bo ma świadomość, że żadna przestrzeń miejska już się z tej debaty o tym, co człowiek może ze sobą zrobić w sytuacji, kiedy uświadamia sobie przemijanie wszystkiego, nie może pojawić. Trzeba zostać i prowadzić już raczej dosyć minorowe, jakże nasze, rodzime, utyskiwania:

Jeleniom nowe rogi wyrastają;

Nam, gdy raz młodość minie,

Już na wiek wiekom ginie,

A zawżdy gorsze lata przypadają.

Zatem z Rzymu, w Rzeczpospolitej witajcie. I jako spolszczeni Rzymianie dywagujmy sobie o losie, odpowiadając na najtrudniejsze nawet pytania.

Krzysztof Koehler