Artykuły

obrazy cudowne

 

 

 

 

 

 

 

Obrazy cudowne – jak utrzymuje Piotr Pruszcz „w Polszcze naszej nie masz miasta, rzadka wieś z kościołem, w którym by się obraz Panny Naświętszej nie znalazł cudowny.” Stanowiły one widzialne znaki res publiki niebieskiej, kontynuację, przedłużenie res publiki ziemskiej (por.hasło - res publica) na rzeczywistość niebieską (por. hasło – niebiosa). Zygmunt Gloger twierdzi, nie wiem skąd, że „Polacy wierzyli głęboko, że cudowne obrazy nie przez to są cudowne, żeby same przez się cuda czyniły i żeby w nich zawarta była moc cudowna i skuteczna, lecz że są nadprzyrodzonem narzędziem wybranem udzielanych przy nich ludziom, szczególnych, niezwykłych łask bożych.” Zakładam, wierzę, iż Gloger wiedział, co mówi, był wszak tym miłośnikiem staropolszczyzny, (por hasło – miłośnik staropolszczyzny), który zostawił po sobie „Encyklopedię Staropolską”. Ja, w oparciu o pewne świadectwa, poszerzyłbym owo rozumienie czym były (i dlaczego się … objawiały ?) na terenie Sarmacji owe obrazy cudowne i - nie zagłębiając się, tak jak mój wybitny poprzednik, w teologię obrazu świętego – postaram się opowiedzieć jak to wszystko działało, o ile, oczywiście coś pojąłem. Na świadka powołuję Wespazjana Kochowskiego (por. hasło – Kochowski, Wespazjan) z jego wierszem „Studzianna”, pochodzącym ze słynnego zbioru „Niepróżnujące próżnowanie”.
Wiersz ten jest, a chciałbym, by brzmiało to wystarczająco uczenie, przykładem hermeneutyki zjawienia się cudownego wizerunku Świętej Rodziny z tejże miejscowości. Obraz zaczął łaskami słynąć na początku drugiej połowy wieku XVII; w roku 1671 uroczyście uznano, iż jest on obrazem cudownym. Ważne dla owej hermeneutyki jest dokonywane przez Kochowskiego uwzględnienie kontekstu zaistnienia sytuacji: miejsca i czasu. Czas jest trudny – narastające zagrożenie ze strony Turków; miejsce – raczej ku wschodniej ścianie Rzeczypospolitej się nachylające. Te dane skłaniają poetę do nadania znaczenia owemu zjawieniu się: Studzianna to znak sprzyjania Maryi narodowi szlacheckiemu, ba, dowód na wywiązywanie się Matki Chrystusa ze zobowiązania nakładanego na nią z powodu bycia „Polski Królową”. Na Jowisza, zawoła oburzony badacz zdrowej religijności, ileż tu, w tym tłumaczeniu, w tej eksplikacji, interpretacji mieszka niebezpieczeństw: teologicznych, socjologicznych, kulturowych! Przez spory czas utrzymywałem, że to, co uczynił w tej swojej hermeneutyce obrazu cudownego Kochowski (a dochodzi do tego jeszcze zabieg nakładania, całkiem mistyczny zabieg nakładania określeń Maryi z Litanii Loretańskiej i z Godzinek o Niepokalanym Poczęciu (por. hasło - Godzinki o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny) na to co stało się w Studziannej: Brama na Wschód wystawiona, Wieża Dawidowa, forteca warowna, twierdza duchowna, arsenał…itp.) to licentia poetica, ba, typowy zabieg barokowo-sarmacki związany z myśleniem konceptystycznym – nakładanie znaczeń na siebie i obserwowanie co z tego wyniknie było, ulubionym zabiegiem artystyczno-poznawczym pisarzy barokowych. Tymczasem, jak się okazało, bardzo podobne kazanie, w podobnym duchu wygłoszone, miał w Studziannej, podczas uroczystości uznania obrazu za wizerunek łaskami słynący (ciekaw jestem jak taka uroczystość się nazywa w nomenklaturze kościelnej, proszę o przypisy!) w 1671 roku prymas Prażmowski, który tłumaczył znaczenie objawienia się cudami słynącego obrazu w Studziannej okolicznościami hic et nunc: Turcy, zagrożenie, brak twierdz, piersi szlachty za mury wystarczą, (por. hasło – szlachta), (por. hasło – antemurale), twierdza warowna, obóz wojenny, znak, że jest nam w sprzyjaniu i tak dalej. Tak utrzymuje w swym wiekopomnym kazaniu ksiądz prymas. Ale co z tego wynika?
Zaraz się odezwą zimne czaszki (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa): ależ z tego wynika, że Staro-Polacy szukali sobie świetnej wymówki do rezygnacji z rozwijania myśli strategiczno-inżynieryjnej; że nie zakładali akademii wojskowych, że musieli sprowadzać francuskich budowniczych i konstruktorów okopów i transzejów, gdy zachodziła potrzeba, bo uznawali (na jakiej podstawie?), że skoro Maryja się objawiła, i dała znać, że czuwa, to i się zatroszczy o resztę. Mnie się jednak wydaje, iż nasi przodkowie aż tak głupi nie byli ani aż tak bardzo leniwi, by zwalać wszystko na Pana Boga. Myślę, że to trochę za łatwe wyjaśnienie; ja bym był za tym, aby odwrócić nieco rozumowanie i przypomnieć sobie psalm 127, którego początek w tłumaczeniu Jana Kochanowskiego wygląda tak:

Jeśli domu sam Pan nie zbuduje,

Próżno człowiek o nim się frasuje;

Jeśli miasta sam Pan strzec nie będzie,

Próżno czuje straż po blankach wszędzie.

Rozumiem, że jest tu powiedziane o pewnym połączeniu tajemnym ludzkiego działania i Bożego sprzyjania, o zależności tych dwóch wartości i zjawisk czy też o pierwszeństwie Bożej opatrzności nad ludzkim działaniem: obrazy cudowne byłyby w tym kontekście znakami sprzyjania, znakami zachęcającymi do „trzymania się kursu”. Gdyby albowiem bezwzględną prawdą było to, co utrzymują zimne czaszki, to po Chocimiu 1621 (por. hasło - Transakcyja wojny chocimskiej), nie byłoby następnego Chocimia (1673), a po Kamieńcu Podolskim (1672), nie byłoby odsieczy wiedeńskiej (1683) (por. hasło - odsiecz wiedeńska). Bo po co? Wszak podzieje się samo. Utrzymuję wprost: że nie usypianiem czujności szlacheckiego społeczeństwa były owe hermeneutyki objawień się, lecz wprost przeciwnie: zachętą do aktywności, do skuteczności, dowodem, że warto się starać. Wydaje mi się, iż tę zależność pomiędzy Bożym sprzyjaniem i trzymaniem się tego sprzyjania doskonale rozumieli wielcy spadkobiercy Dawnej Polski, kardynał Wyszyński i kardynał Wojtyła. Głębokie rozumienie czym mogą być, czym są dla wspólnoty obrazy cudowne i jaką może mieć moc ich obecność (albo peregrynacja) miał bowiem kardynał Stefan Wyszyński wyzywając władze komunistyczne na pojedynek duchowy zarządzając peregrynację cudownego obrazu Jasnogórskiego dla uczczenia 1000 – lecia chrztu Polski czy Jan Paweł II chętnie koronując cudowne wizerunki i odwiedzając ochoczo polskie sanktuaria. (por. hasło - Gorzkie żale) Oni włączali się w tę tradycję; (por. hasło - oni-my) a jej znakami są do dzisiaj tak samo wiejskie kapliczki, krzyże przydrożne, cmentarze, świątynie, i inne znaki przenikania się dwóch rzeczywistości. Ich tak samo świadkami są święci sarmaccy (por. hasło – święci i błogosławieni) a ich gwarancjami wieczystymi stara obyczajowość. (por. hasła -  Matki Boskiej ZielnejAdwent). Polskość jest wieczna: bo ma wymiar tak samo (część tego wymiaru) w świecie nadzmysłowym. Jaka szkoda, że dzisiaj trochę, bywa, że wielu z nas, łącznie z politykami, ale i z dzisiejszymi biskupami i kardynałami o tym zapomina. A wota, wciąż zawieszane przy cudownych wizerunkach, tak rzadko mają inny niż li tylko prywatny charakter. Ale takie, indywidualistyczne można powiedzieć, mamy czasy.

Krzysztof Koehler