Artykuły

pospolite ruszenie

 

 

 

 

 

 

 

Pospolite ruszenie - Pisze Pasek (por. hasło - Pasek) pod datą 1672: Wici na pospolite ruszenie wyszły. Turcy z wielka potęgą wyszli/…/ Wyjechałem z domu do obozu, stanąłem pod Kosiną, gdzie się województwo krakowskie gromadziło; stamtąd poszliśmy na Gołąb, i tam król przyszedł do obozu i wszystkie województwa zgromadziły się/…/ Wtenczas kiedy orda brali jasyr koło Komarna, posłano na podjazd komenderowanych z pospolitego ruszenia, ludzi wybierając i na koniach dobrych. Rozdzielono nas na dwie watahy. Dano nad jedną watahą komendę Kalinowskiemu, nad drugą zaś mnie. Poszliśmy dwiema szlakami nocą. Ja tedy, wiedząc dobrze tryb podjazdowy, poszedłem tedy na Bełżyce wszystko manowcami a lassami. Nie zdało się to panom pospolitakom; poczęli narzekać, że to nie bitym gościńcem, że to czasem koń usterknął się na pniaku, czasem gałązka przez gębę zacięna. Nade dniem stanąłem pod Bełżycami w brzegu lassa, i żeby koniom trochę odpocząć, tak w rękach trzymając, paśliśmy konie. Jak świtać poczęło, rzekę: „Mości Panowie, trzeba się wywiedzieć, co się dzieje w mieście, jeżelibyśmy tu kogo nie napadli po swoich plecach, bo psy słychać szczekające, a ludzi nic; za czym podjechać trzeba w kilku koni, a nam dawać znać albo też, jeżeliby was postrzeżono, to ich wywabić w pole, żebyśmy zagonionych mogli obskoczyć i dostać języka”. Z ochoty nie porywa się nikt; gniewno mi okrutnie i mówię: „Także się to będziemy słuchać, Mości Panowie? Jak pójdziemy dalej? Nic tu wprawdzie po moim starczyństwie, kiedy taka będzie oboedientia (posłuch); pojadęż ja sam, a wy przynajmniej bądźcie pogotowiu, jeżelibym wam tu przyprowadził gości”. Potrwożyło się to wielce, bo taka była fama (wieść), że Tatarowie już są koło Bełżyc; jakoż i byli koło południa wczorajszego, ale coś niewiele. Rzecze Chociwski: „Jadę ja z Waścią”; Sieklicki: „I ja”. Bo to jakoby moi byli: jeden brat, drugi wielki przyjaciel. Stroński młody rzecze: „Kiedy Waść sam jedziesz, to i ja jadę, ale z kim inszym nie pojadę”. Pojechaliśmy tedy./…/

Jedni mówią: „Iść dalej”; drudzy: „Nie iść, wrócić się: pogubisz nas. Dość na tym, cośmy tu dotarli; nie wódź nas dalej”. Przecież praevalui (przemogłem), żeśmy poszli. Idziemy milę i drugą; już tu vestigial (ślady) tatarskie, co to niektóre rzeczy upuści, zgubi, niektóre też i rzuca, kiedy mu się co lepszego trafi. Tchórz ich oblatuje; ja jednak cieszę, że to ludzie, uciekając, upuszczali, nie tata[rski podjazd]. Wtem szlachcic wyjechał do nas z lassa i ten dopiero prawi, że „tu, milę tylko pojechawszy, nabierzemy Tatarów, co chciemy, bo się włóczą po wsiach, nietrudno będzie o języka. Jam wczora między nimi jeździł, a nie śmieli się na mnie porwać; tak są obciążoni i konie mają pomordowane. Sam was poprowadzę ścieżkami, chrustami”. Po tych jego powieściach chwyciło się mnie tego serce bardzo i mówię: „Nu, Mości Panowie, teraz nam trzeba pokazać, że nas Bóg i natura formavit (przyroda utworzyła) ludźmi, nie grzybami; będziemy mieli nad inszych, kiedy się z tym popiszemy królowi, że przyprowadziemy języka. Sam to Bóg podaje nam tę okazyją, tak snadną do nabycia dobrej reputacyjej; pokażmy się, żeśmy ludzie”. O Boże! kiedy to okrzyk na mnie: „Albo my to kwarciani? Albo my to Wołosza, albo ludzie służebni? Mamy my wojsko kwarciane, któremu płaciemy, żeby się za nas biło. Nie posłano tu nas dla języka, tylko dla wiadomości, którą już wziąwszy, nie pójdziemy stąd dalej. Mam ja żonę, mam ja dzieci; nie będę się tak szarzał jak się komu podoba, bom nie powinien”. Perswaduję, jak mogę, że „to i my ludzie, jako i kwarciani; nie bądźmy hierozolimską, ale polską szlachtą; pamiętajmy na Boga i ojczyznę; wstydźmy się słońca tego, które nam świeci, gdy się ludzi nie wstydziemy”. /…/ Żadnym sposobem nie wyperswadowałem. Uczyniwszy votum (ślubowanie) i wymówiwszy: „Póko żyw będę, nigdy się już takiej komendy nie podejmę i wolałbym paść świnie, niżeli z pospolitego ruszenia komenderowanych prowadzić na podjazd”, wróciliśmy się tedy nazad z owej wojny. Miałem wyrostka Leśniewicza, co mi konia powodował, a frant był wielki; i mówię mu: „Miły bracie, każ od siebie konia wziąć inszemu, a ty znajdzi sposób, żebyś nam jaką uczynił trwogę”. /…/ Przyjeżdżamy już wieczorem przed wioskę, aż ów wyrostek zapalił kopę konopi, ułożonych w ogrodzie, jak to zwyczajnie w jesieni układają opodal od chałup. Kiedy to huknie, dopieroż cale rozumieli, że to Tatarowie; uczynił się szelest po wsi, hałas. Ja mówię: „Mości Panowie, do nich!” A Mości Panowie od nich, każdy w swoję drogę, co żywo. Na mnie wołają: „Mości Panie komendancie, lepiej uchodzić, bo i nas zgubisz, i wojsko zawiedziesz, i króla, kiedy na sobie przyprowadziemy nieprzyjaciela”. Ja po staremu mówię: „Ej, nie wytrwam: skoczę pod ogień, dowiem się, co się dzieje”. Owi też już conscii (świadomi) tego terminu mówią: „Jedźmy, skoczmy; dyć nas całkiem nie połkną”. Skoczyliśmy tedy pod wieś, a Ichmość w drogę. Powróciem nazad — nie masz nikogo; ponajdowaliśmy tylko, co po[o]dbiegali: sakiew z sucharami a z wędzonkami, z serem, opończy, kańczugów i inszych drobiazgów. Między inszymi rzeczami cynowa ładownica została na rzemiennym pasie a w skórę powleczona, pełna gorzałki zacnej, ze dwa garca w niej; to się tak za nię wstydzili, że się nikt do niej przyznać nie chciał, choć ją [pokazowaliśmy] na wysokiej tyce uwiązawszy. Tak tedy myślę sobie, powróciwszy, i do drugich mówię: „Niedobrześmy uczynili: kiedy tamci tchórzowie przybieżą i potrwożą wojsko!” Jaki taki: „Prawda, prawda; cóż z tym czynić?” — „Posłać trzeba takiego, co by wszystkich wyminął i tam, jeśliby który tchórz co powiedział, żeby świadczył, aby mu nie powierzono”. Rzecze pan Adam Sieklicki: „Niech jedzie mój Wilczopolski. Z koniem mi służy; przykażę mu, żeby go nie żałował”. /…/ Tak się stało. Podoganiał ich, powymijał i owszem bardziej, doganiając, postraszył, powiedając: „Oto i ja już nie na swoim koniu siedzę, bom go stracił i musiałem na cudzego wsiadać”. Skoro już wszystkich wyminął, jechał sobie powolej z pr[z]odownikami; dopiero, kiedy już wydrapali się z lassów, tylko polami jechać było potrzeba, perswadował, żeby się gdzie na paszej zabawili, „gdyż tam nasi panowie są na odwodzie; gdyby im ciężko było, już by ich tu za nami widać było”. Owi też, uważając, żeby to ich wielka była sromota, gdyby bez komendanta i z inszej kompaniej powrócili, zatrzymali się już w mili tylko od obozu, ba i [tyle] nie było. Nadrapawszy się po owych lassach, na łbie nautykawszy, i do tygodnia drugi nie mógł przyść do siebie, oliwę pijąc i boki smarując. My zaś na owym koczowisku zanocowaliśmy, mieliśmy się dobrze i sami, i konie. Jak świtać poczęło, ruszyliśmy się za nimi powolej człapią, zbierając po szlaku czapki, kańczugi et varia (i różne rzeczy). Wyjeżdżamy z lassa, aż też oni, obaczywszy, biorą się do koni i wsiadają. /…/ Dopiero ucieszyli się, poczęli prosić, żeby nie powiedać, żeśmy Tatarów nie widzieli, „boby ta wszystka wina i sromota na nas przyszła”. Staliśmy na tym traktacie z godzinę w polu, relegowawszy czeladź na stronę, których potem informowano, żeby też powiedzieli, że nie widzieli Tatarów. Dopieroć obiecałem im to z wielkim ich ukontentowaniem, że nie będę powiedał, mówiąc, że „wy Pana Boga nie obrażacie nieprawdą, powiedając, żeście Tatarów nie widzieli; ale uważajcie, jaka to jest infamia i obelga narodu, kiedyśmy ludzie bez serca: po sejmikach, po kołach generalnych siła mówiemy, hałassy robiemy, a kiedy przyjdzie do czego, to nie umiemy nic”. /…/ Zabieramy się potem ku obozowi, aż też Kalinowski z [s]woją partyją idzie. Złączyliśmy się tedy. Pyta, jak mi się powodziło. Powiem, że wolałbym świnie paść przez ten czas, póko się podjazd nie powróci, niżeli nad takimi ludźmi mieć komendę.

Oj, wylali na temat pospolitego ruszenia szlacheccy pisarze morze atramentu, boć i też wielkiego znaczenia militarnego ono już w XVII wieku nie miało, ale na przykład słynna panika pod Piławcami w 1648 wybuchła w obozie wojska zaciężnego, a nie w pospolitym ruszeniu; świetnie pospolite ruszenie spisało się w czasie Potopu: słynna jest historia szlachty wielkopolskiej, która pierwej poddała się królowi szwedzkiemu (którą to historię możemy przeczytać u Sienkiewicza), ale potem już dzielnie stawała w bojach po stronie Jana Kazimierza i zadawała spore straty Szwedom. Pisarze jednak uwielbiają dworować sobie z „pospolitaków” może dlatego, że odbiegała owa służba militarna szlachty (por. hasło – szlachta) od wysokiej idei: obowiązku nakładanego na szlachtę (nałożonego przez nią na samą siebie) obrony granic i integralności państwa. Wywodziła się owa idea ze średniowiecznego obowiązku rycerskiego. Jak zapisano w konfederacji w Nowym Mieście Korczynie (za czasów Władysława Warneńczyka): „Ktoby nie stawał do boju lub w innych względach od ogółu oddzielał się, takiego wszyscy mają na życiu i dobrach karać, a ma być uważany, jakoby się sam zrzekł dobrzej czci i wiary”. Jak punktuje Gloger: „pospolite ruszenie było owym stawianiem się wszystkich do boju”. Wszystkich? Tak: każdy kto miał ziemię musiał bronić ojczyzny. W XVI wieku pospolite ruszenie koronne po raz ostatni wystąpiło w wielkiej sile w roku 1537, litewskie brało czynny udział jeszcze w wojnach Stefana Batorego, przez cały wiek XVII pospolite ruszenie z województwa ruskiego zwoływane było do skutecznej obrony przed Tatarami. Zwoływały na pospolite ruszenie tzw. „wici” czyli jeszcze ze średniowiecza wywodzący się zwyczaj ogłaszania mobilizacji. Od 1454 obowiązek zwoływania pospolitego ruszenia, który wcześniej spoczywał na monarsze, zaczął być przedmiotem decyzji sejmików ziemskich (por. hasło – sejmik), a potem sejmu walnego (por. hasło – sejm). Wici rozsyłał król (przez swoich urzędników) po uprzedniej zgodzie sejmu na ich ogłoszenie. Obwoływał je woźny, objeżdżając miejsca urzędne: starostwa, urzędy, dwory urzędników i odczytując obwieszczenie. Od 1520 roku w sprawie wojen obowiązywały wici troiste: kiedy sejm decydował o ogłoszeniu pospolitego ruszenia, słano je trzykrotnie w odstępach dwutygodniowych: pierwsze głosiły gotowość do wojny, ostatnie nakazywały wymarsz wskazując czas i miejsce zjazdu. Po pierwszych wiciach zwoływano ziemski sejmik. Na nim to kasztelan ogłaszał czas i miejsce zgromadzenia się szlachty danej ziemi. Kiedy gromadziła się ona przed swoim kasztelanem, ten robił spis pospolitego ruszenia i wiódł chorągwie przed wojewodę: na miejscu zebrania szlachty województwa dokonywano korekty spisu oraz odbywał się przegląd chorągwi. Tak przygotowane wojska wędrowały na miejsce oznaczone przez wici: dowództwo nad pospolitym ruszeniem obejmował król lub hetmani. Wojsko gotowe było do prowadzenia działań wojennych. Ale szlachta na pospolite ruszenie nie wyruszała sama: za armią ciągnęły osobiste wozy szlachty, jej ekwipunek, wyposażenie (kuchnia, zapasy żywności) a z nimi spora grupka (w zależności od zasobów finansowych) przeróżnych sług. Obozowano tylko w otwartym polu. Walczono tylko w granicach własnego kraju: król nie miał prawa wyprowadzić pospolitego ruszenia poza granice ojczyzny. Co oznaczał dla szlacheckiego świata przywilej i zarazem obowiązek obrony ojczyzny? Wcielenie w życie republikańskich antycznych cnót (por hasło – virtus), obrony dobra wspólnego (por. hasło – res publica) (por. hasło – bonum communae), możliwość udowodnienia miłości do ojczyzny (por. hasło – amor patriae). W praktyce zaś: dbałość o swoją sprawność militarną, przygotowanie kondycyjne oraz gotowość do znoszenia różnych niewygód. W XVII wieku właśnie jednak owo rozejście się codzienności szlacheckiej egzystencji, przekształcenia ostatecznego szlachty ze stanu rycerskiego w stan ziemiański, i szlacheckich idei bywało inspiracją dla pisarzy. Z miłości do szlacheckiej rzeczypospolitej uczynił temat owej dysproporcji przedmiotem swojej troski Wacław Potocki (por. hasło – Potocki, Wacław). Temat ten był przezeń poruszany niezwykle często:  w słynnej Transakcyi wojny chocimskiej, zyskał walor epopei szlacheckiej, ale też w obrazkach satyrycznych, podobnych do tego, jakim kończę swoje uwagi o pospolitym ruszeniu:

Dano znać do obozu od placowej straży,

Że nieprzyjaciel nocą na imprezę waży,

Że Kozacy strzelają często z samopałów.

Toż rotmistrz: „Dobosz! Obudź ichmościów do wałów;

Niechaj każdy przy swoim zbrojno stawia koszu;

Nie mijajże żadnego namiotu, doboszu!”

A ten: „Wstawajcie, Waszmoście, czym prędzej dlaboga,

Pan rotmistrz rozkazuje, bo już w polu trwoga.”

Aż jaki taki w swoim ozwie się namiecie:

„Bij kto skurwego syna kijem, niech nie plecie.

Kto widział ludzi budzić w pierwospy? Oszalał

Pan rotmistrz abo sobie gorzałki w czub nalał?

Niechże sam strzeże, jeśli tak dalece tchorzy

A wolnej, równej szlachty sobie snem nie morzy.

Sprawi się w Proszowicach, za pomocą bożą,

Że braciej rozkazuje z chłopami na strożą.”

Widząc dobosz, że go nikt zgoła nie usłucha,
Poszedł i sam spać, nim kto strzepnie mu kożucha;

I rotmistrz, towarzystwo kiedy się nie trwoży,

Zdjąwszy zbroję z grzbieta, znowu się położy.

Krzysztof Koehler