Artykuły

aequalitas

 

 

 

 

 

 

 

aequalitas – równość. Chyba nie chciałbym jakoś łączyć tego terminu z gromkimi hasłami rewolucji francuskiej: wolność, równość, braterstwo, nie tylko dlatego, iż rewolucję oświetla swoim zimnym blaskiem „Lampeczka oświeceniowa” (por. hasło – Lampeczka oświeceniowa), ale chyba raczej głównie dlatego, że o inną równość tutaj chodziło. Po pierwsze o równość wewnątrzstanową. Równość owa wyrażała się buńczucznym hasłem: „szlachcic na zagrodzie, równy wojewodzie” (por. hasło - szlachta) i miało owe przysłowie setki zastosowań w tzw. poezji ziemiańskiej (por. hasło – poezja ziemianska), jak na przykład u Kochowskiego (por. hasło - Kochowski, Wespazjan) w pieśni „Budynek”:

Kościół blisko, woda w studni

Na robocie żeńcy ludni,

Nie ciecze bez dach za szyję,

Spokojnie bez prawa żyję…

Siedź, kto chcesz, na Ujazdowie,

W tej chatce dobrze mej głowie…

Ale nie tylko w takiej pokrzykiwance owa się równość wyrażała: miała realne, instytucjonalne uzasadnienia, które sobie szlachta ciężką pracą polityczną wymogła na królach z dynastii Jagiellońskiej, szczególnie w ciągu wieku XV. Równość, na którą się szlachta szczególnie powoływała, była równością wobec prawa. Jak dobitnie stwierdza wybitna znawczyni przedmiotu prof. Alicja Sucheni-Grabowska (por. hasło - miłośnik staropolszczyzny): prawo było bezdyskusyjnym suwerenem w Rzeczypospolitej.

A znaczyło to tyle, że potencjalnie, teoretycznie, ale i całkiem praktycznie, każdy szlachcic miał takie same prawa i takich samych praw mógł dochodzić w sądzie (instancję odwoławczą, Trybunał Koronny i Litewski szlachcic polski i litewski dzierżył od drugiej połowy wieku XVI w swoich  rękach). Praw tych broniła słynna ustawa „Neminem captivabimus”, która osłaniała szlachtę od wszelkich możliwych działań pozaprawnych kogokolwiek: biskupa, możnowładcy czy monarchy. Szlachcica polskiego, jak w każdym porządnym państwie prawa, nie można było inkarcerować, zatrzymać, siłą niewolić bez uprzedniego wyroku sądowego. Po wtóre: tak modna dziś w teorii (i praktyce) zarządzania „ścieżka kariery”, dawała przeciętnie nawet aktywnemu szlachcicowi możliwość uzyskiwania różnych tytułów i godności (zarówno lokalnych, jak i centralnych). Po trzecie: równość realizowała się najmocniej chyba na polu elekcyjnym (por. hasło – elekcja wolna (fakty)elekcja wolna (mity)elekcja wolna (reportaż)), gdzie każdy ze szlachty miał głos wyborczy, na posiedzeniu sejmu czy sejmiku (por. hasło – sejm); (por. hasło – sejmiksejmik -2), poprzez albo: osobistą obecność lub wybór swego przedstawiciela czy wreszcie we wspomnianym Trybunale (władza sądownicza). Porównanie tej sytuacji z państwami ościennymi (Moskwa, Turcja czy Cesarstwo Niemieckie) napawało szlachtę poczuciem rzeczywistej dumy. Dziwił więc szlachtę wiernopoddańczy stosunek niemieckiej szlachty do cesarza, a śmieszyła, irytowała czy gorszyła turecka czy moskiewska samojedź (ładne to słowo użyte zostało przez Stanisława Orzechowskiego) (por. hasło – Orzechowski, Stanisław). Nie znaczy to, że swego monarchy nie szanowali czy też broń Boże lekceważyli: monarcha był pomazańcem Bożym, a wymuszała poszanowanie zasada crimen laesae maiestatis (przestępstwo obrazy majestatu), będące wygodnym narzędziem normalizowanie życia politycznego w państwie. Co oczywiście nie przeszkadzało w sytuacjach trudnych, szalejącemu monarsze delikatnie przypomnieć: „Myśmy cię panie, wolnymi głosami na króla wybrali” albo dosadnie powiedzieć: „Nie zaprzysięgniesz, nie będziesz królować” (tak wzbraniającemu się przed zaprzysiężeniem praw królestwa Henrykowi Walezemu w katedrze Notre Dame miał szepnąć do ucha Jan Zaborowski, poseł Rzeczypospolitej). O tym jak zasada równości działała w praktyce najlepiej przekonać się można odwołując się znowu do Paska (por. hasło – Pasek) i do jego tajemniczej i ekscytującej opowieści zapisanej pod datą 1661. W wojsku trwa bunt: nieopłacone chorągwie zawiązują spisek, pomiędzy zimującymi oddziałami trwa nieustanna wymiana posłów. Jak utrzymuje Jan Chryzostom, widząc co się święci, i chcąc odwiedzić rodziców (a przede wszystkim zabezpieczyć zdobycze wojenne) opuszcza zbuntowane wojsko i wraca do domu. Po drodze zostaje jednak gwałtem zatrzymany przez oddział królewski, osadzony pod strażą i poddany przesłuchaniom. Przesłuchują go i oskarżają o to, że jest posłem od zbuntowanego wojska senatorowie Rzeczypospolitej; przesłuchaniom przysłuchuje się ukryty za kotarą monarcha. Problem jednak w tym, że to nie Pasek złamał prawo, tylko ci, którzy bez wyroku zatrzymali wolnego obywatela. I to jest zasadnicza linia najpierw obrony, a potem ataku Jana Chryzostoma, który doskonale świadom, kto zawinił, wytacza ostre filipiki przeciwko przesłuchującym go: nazywając ich odętymi rozpartymi na tronie pająkami, tchórzami, „łuszczybochenkami” czy zdrajcami nawet. Powiada do nich: „kożdemu w urodzeniu równemu upomnieć się będę umiał. Mam sejmiki, mam trybunały, mam koło generalne, utraque civis (podwójny-m obywatel), bom i szlachcic, bom i żołnierz…”  (por. hasło - obywatel) Kiedy mu senatorowi oburzeni grożą niełaską, odpowiada: „Wiem ja, że mi się przyjaźń każdego przygodzi, ale też i moja kożdemu…” a kiedy niedwuznacznie wskazują ma możliwość… moskiewskiego załatwienia problemu, słyszą dumne: „Jeżeli umrzeć, to umrzeć, byle dobrze… Za niewinność moję ujmie się Bóg, wojsko i moja uboga parantela (krewniacy), bo mi nie trudno o krewność, dawno czując, żem jest szlachcicem. Polegnie głowa, zostaną zęby i jakażkolwiek nominis recordatio (pamięć imienia)”.  Mają więc dylemat ci, co go zatrzymali: próbują skłonić go do ucieczki (rozwiązałoby to niezręczną sytuację), ale on orientując się w fortelu, nie ma zamiaru nigdzie jechać; próbują go przekupić. Jest taka nocna wizyta biskupa kijowskiego na kwaterze Paska: przyznaj się do winy, włos ci z głowy nie spadnie, dogadamy się. Na co Pasek odpowiada, że gdyby jego gość nie był w sukni duchownej, to zrzuciłby go ze schodów, a potem wybucha słynnym szlacheckim monologiem: „Jużem to powiedział przy pierwszej audiencyjej, że wolno Kurcie i na Bożą Mękę szczekać. Ani groźba, ani prośba fantazyjej mojej dominari (opanować) nie może. Dla prośby nie stanie się słońce makuchem, nie przeformuje się prawda w nieprawdę; dla groźby zaś, Bóg widzi, że jednym krokiem nie ustąpię…” Co dawało tę siłę zwykłemu wszak żołnierzowi i niestaremu człowiekowi (miał wtedy gdzieś ze 25 lat), stojącemu naprzeciw najwyższych dostojników państwowych? Co budowało tę sytuację dziwną, nie do pomyślenia za wschodnią czy może też zachodnią granicą, gdzie takie problemy rozwiązywano znacznie prościej, o ile w ogóle mogły by się były takie problemy się pojawić? Otóż wydaje mi się, że kilka rzeczy: poczucie, że się jest u siebie, w domu, w swojej rzeczypospolitej, że się jest wolnym szlachcicem, którego bronią: urodzenie, parantela i sąsiedztwo (por. hasło - sąsiedzkość), wreszcie poczucie równości stanowej, opartej na zasadach prawa, które stanowiło fundament ustroju politycznego tego wolnego, obywatelskiego, (por. hasło - res publica)  republikańskiego Królestwa.

 

Krzysztof Koehler