Artykuły

rękopisy (nie płoną!)

 

 

 

 

 

 

 

Rękopisy (nie płoną!) – pora chyba się zastanowić nad niezwykłą popularnością, jak to się mówi, rękopiśmienniczego obiegu literatury w Dawnej Polsce. Zjawisko to dostrzeżono dosyć dawno i tłumaczono właściwie na dwa sposoby: jedno wyjaśnienie fenomenu wiązano z upadkiem a przynajmniej sporym naruszeniem stabilności instytucji państwowych szczególnie w drugiej połowie XVII wieku (po potopie) – wiązał się z tymi czasami po prostu kryzys. Rozumowanie to, aczkolwiek słuszne - potop, razem z wojnami wokół niego (wojna z 1648 a potem wojny tureckie) stanowił wyraźne naruszenie stabilności Królestwa - nie jest do końca precyzyjne, dość powiedzieć, iż właściwie Rzeczpospolitą po potopie odbudowano w ciągu życia jednego pokolenia. Mój Mistrz (por. hasło - miłośnik staropolszczyzny) miał zwyczaj zadawać podchwytliwe pytanie o to dlaczego większość zachowanych wnętrz kościołów gotyckich czy wcześniejszych w Polsce ma wystrój raczej barokowy? I Szwedzi, i Moskwa traktowali kościelne, katolickie wnętrza jako wojenne zdobycze: kradli co popadło; stąd wszystko to trzeba było odbudować, i właśnie owa odbudowa odbyła się w trakcie życie jednego pokolenia w kraju na tyle zamożnym, iż mógł sobie na to pozwolić. Drugie wyjaśnienie fenomenu „wieku rękopisów” łączy się z ze zjawiskiem rozrostu cenzury kościelnej (jako przykład owej dominacji lubi się wskazywać na reperkusje związane ze zbiorem wierszy Wespazjana Kochowskiego „Niepróżnujące próżnowanie”,1674) oraz ogromną przewagę treści dewocyjnych w dziełach wychodzących spod pras drukarskich. Były jednak również inne, nie mniej interesujące powody owej szlacheckiej rękopiśmienniczości: jeden to sława i chwała sylw (por. hasło – silva rerum), drugi to pewne… twórcze podejście do tekstu i trzeci (nie mam lepszego słowa, przepraszam) – fanzinowy sposób podejścia do komunikatu międzyludzkiego. Z sylwami sprawa jest prosta: mamy rękopiśmienne, wielopokoleniowe księgi, do których wpisuje się teksty; czyta je ojciec, wnuk, czyta je sąsiad, przybyła w gości rodzina, znajomi itp. Wiąże się z sylwicznym podejście swoista fanzinowość czyli nieoficjalność, środowiskowość: piszę dla swoich i o swoich; sławę poety mam raczej powiatową (ale też nie bardzo mi zależy na tym, aby podbijać stolicę – kto by chciał jeździć do warszawskiego wydawcy!?), horyzonty ciasne, ale własne, sława literacka, nie jest tym, o co bym się zabijał, z pisania nie żyję (nie zarabiam na życie jako literat, dworski pisarczyk, salonowy intelektualista, to przyjdzie niedługo, powoli świecić zaczyna Lampeczka Oświeceniowa), utrzymuję się z roli, a moje pisanie to jest właśnie próżnowanie niepróżnujące, po pracy w polu, u siebie w domku (por. hasło - dworek), po polowaniu, dla towarzystwa, dla zabicia nudy, dla ojczyzny, dla przyjemności, żony, sąsiadki… A przede wszystkim, co jest najbardziej pasjonujące w tym wieku rękopisów, najbardziej pociągające, anarchizujące, filozoficznie niebezpieczne: druk, Szanowne Panie i Drodzy Panowie, zabija ducha: książka drukowana to ostateczne zamknięcie pewnej opowieści: okładki książki porównać bowiem można śmiało do wieka trumny. Inaczej rękopis! Mogę nieustannie do wypowiedzi powracać, poprawiać ją, pisać nowe wersje starych wersji albo wyrzucać stare, albo zachowywać je (zresztą nie mam na to wpływu, zabrał sobie przy śniadaniu Kowalski do domu), pisać „na toż” raz pierwszym, raz drugi, … raz dziesiąty (por. hasło – Potocki), wszystko jest dozwolone, nikt się nie niecierpliwi, że tyle papieru, tyle druku idzie na darmo, i kto to wszystko przeczyta? Mogę zmieniać zakończenie, mogę zmieniać wymowę polityczną (por. hasło – Transakcyja wojny chocimskiej) mogę sobie traktować pisanie jako wieczny akt twórczy – marzenie każdego pisarza, aby mimo śmierci autora dzieło żyło: mimo że pisarz nie żyje, pisze jednak nadal! Takie cuda przynosił wiek rękopisów. Oto zwycięstwo nad śmiercią. A w jaki sposób owo zwycięstwo się dokonywało, może ktoś zapytać? W sposób prosty: kto większość swojego dzieła powkładał w szlacheckie sylwy sąsiedzkie i obce, razem z odkrywaniem tych coraz to nowych sylw (a któż miał siły kiedyś, gdzieś zaglądać w jakiś wymamrotany, smalcem zabrudzony zapisek na 1354 stronie tekstu?), wciąż ma szansę na debiut, nawet dzisiaj w XXI wieku, bo sylwy i piszący w nich pisarze są jak morze, jak wieczny przypływ. Tam można wiecznie egzystować, nie jak w druku, między okładkami, szykować się do ostatecznego zamknięcia w drewnianej skrzynce, tylko na wolności w pełnym słońcu niezniszczalnego, bo kłączowatego, poupychanego po kątach wiecznego trwania.

Krzysztof Koehler