libertas - 3

 

 

 

 

 

 

Libertas (3) może nie ma co za bardzo wierzyć poetom, bo opowiadają oni z perspektywy ogólnej i nie opis, ale kreacja dla nich się liczy? Za ładną, intrygującą frazę daliby się pokrajać! Albowiem wydaje mi się, ze szlachta, nawet jeśli zachowywała w myślach takie sposoby rozumowania, jak przedstawia je Kochowski (por. hasło - libertaslibertas - 2) i faktycznie wierzyła biernie i wiernie w to, że już się tam Pan Bóg zatroszczy o dziedzinę swoją, to na pewno nie zachowywała się naiwnie. W końcu w swojej masie kończyła jezuickie kolegia i wiedziała, iż wierzyć należy głęboko i ufnie, ale działać jakby żadnej wiary się nie posiadało! No bo spójrzmy na instytucje, które przez wieki stworzyła: instytucje, które zapewniały jej wolność osobistą, polityczną, wolność wypowiedzi. To oczywiście z jednej strony przywileje, (por. hasło – Przywileje) jak chociażby neminem captivabimus, który to przywilej zapewniał podmiotową, obywatelską wolność; to instytucja liberum veto, które z istoty swojej kładło nacisk na - i podkreślało rangę każdego pojedynczego, indywidualnego głosu; to wreszcie wolność słowa (bez niej nie da się mieć res publica): owszem ta wolność ma swoje granice. Jedną jest crimen laese maiestatis (straszak często stosowany w praktyce debaty politycznej); to wreszcie gorączkowe, wieloosobowe, długotrwałe przygotowywanie się do elekcji viritim, (por. hasło - elekcja wolna (fakty) prace legislacyjno-praktyczne, które toczyły się jeszcze za życia ostatniego Jagiellona. Owszem, Bóg króla poda do serc (tak poetycko utrzymuje to już Jan Kochanowski), ale trzeba to jakoś wszystko sensownie i sprawnie przygotować. Ba, owo „podanie Boże” ma swoistą kontynuację w formie walki o władzę (prawie wojny domowej) pomiędzy zwolennikami różnych kandydatów – przy drugiej i trzeciej elekcji jakże to było widoczne. Nie od razu Batory zasiadł na tronie, nie zaraz odtrąbiono zwycięstwo Zygmunta Wazy. Nie tylko więc pracowano nad elekcją, ale też mocno, bywa z przelewaniem krwi, elekcję się wywalczało! Wolność mieszka też gdzieś w środku szlacheckiego odczucia świata: wyznacza miejsce głosu ludzkiego w egzystencji ludzkiej. Ona formuje ludzi, nadaje językowi szlachty specyficzny ton. Jakże głęboko był tego świadom sentymentalny „śpiewak Justyny”, który poddał całkiem świadomie swój poetycki talent po rozbiorach twierdząc, że Polak nie może uprawiać poezji w niewoli, kiedy go pozbawiono powietrza jego mowy: wolności. Ale też bo wolność była depozytem, a nie darem. Zrozumiałem to czytając (i wydając, gorąco chciałbym tę edycją polecić, bo jest niezwykle ważna dla Polaków i dawnych, i pewnie współczesnych, a jej tytuł Krzysztofa Warszewickiego i Anonima uwagi o wolności szlacheckiej, Kraków 2010) anonimową broszurkę polityczną z okresu drugiego bezkrólewia zatytułowaną symptomatycznie: „Krótkie zebranie rzeczy potrzebnych z strony wolności”. Otóż tam opisano, zapewne niechcący, w ogniu politycznych dysput, że Rzeczpospolita wtedy ma sens, wtedy spełnia swe zadanie, kiedy jest aktywnością, zabieganiem, pracą i staraniem się o to, aby depozyt wolności nie został utracony. Nikt, tak jak anonimowy pisarz z końca wieku XVI nie opisał tego tak prosto i jasno, że sens obywatelskości polega na kontrolowaniu władzy i niedopuszczaniu do tego, by władza samą siebie ubóstwiła: swoje instytucje, osiągnięcia, polityczne czy ekonomiczne kariery jej uczestników itp. Co to znaczyło być podmiotem politycznym w rzeczypospolitej? Znaczyło aktywnie uczestniczyć w procesie politycznym, zdobywać swoją świadomość polityczną, aktywizować swoje zainteresowanie dobrem wspólnym, wzbudzać w sobie postawę, że spraw publicznych nie można oddać w inne ręce, niż ręce obywateli. To była ta wolność szlachecka! To znaczyło libertas, dlatego była ona aurea, bo miała aurę aktywizacji społecznej. I tym raczej dziedzictwem wolności możemy się dzisiaj najbardziej szczycić.

Krzysztof Koehler