Ulewicz, Tadeusz


 

 

 

 

 

 

Ulewicz, Tadeusz - umarł Profesor Tadeusz Ulewicz! miłośnik staropolszczyzny. Człowiek wyjątkowy: wybitny badacz Dawnej Polski, wychowawca całych pokoleń krakowskich polonistów (dla których pozostanie zawsze Mistrzem po prostu), ale też przede wszystkim niesamowity człowiek: osoba będąca wcieleniem wielkiej uniwersyteckiej tradycji wywodzącej się z czasów jej świetności, pełen pasji polemista, wulkan humoru, kopalnia dowcipów, niepowtarzalny stylista, autor słynnych powiedzonek, znawca Kochanowskiego, badacz, który jako jeden z pierwszych zaczął po wojnie badania nad Sarmacją, humanista wierny przez całe życie swojej Almae Matris, człowiek skromny, postrach studentów pierwszego roku (dla których zasłużył sobie na przydomek „Dziadek”), przyjaciel Karola Wojtyły z czasów Jego studiów polonistycznych. To wyliczenie można kontynuować naprawdę długo, gdyż niezwykła osobowość Profesora (wstydzę się nazwać Go Mistrzem, bo mam świadomość jaka nas dzieli przepaść wiedzy, erudycji, znawstwa przedmiotu) prowokują do barokowego konceptu: łatwiej zliczyć piasek morski niż wymienić przymioty tego niezwykłego Człowieka. Nie ma co mówić. W życiu ma się kilka osób, które mocno wpływają na nasz los. W moim przypadku, wyznam szczerze, jedną z takich osób, być może najważniejszą, był Profesor Ulewicz. Swoją niezwykłą osobowością, zaczepno-buńczucznym prowadzeniem wywodu, energią, porażającą erudycją otwierał przed nami Dzikie Pola kultury staropolskiej, rozpalał ciekawość, ukazywał tę niby odległą rzeczywistość jako żywą tkankę, której ogarnięcie wymaga nie tylko wciąż uciążliwej i słodkiej zarazem pracy nad swoją erudycją, ale też pasji (bo w staropolszczyźnie trzeba się zakochać, by sprostać jej wymogom). Chyba mógł być Profesor dosyć groźny (jeśli zważy się na moc jego staropolskiego dowcipu, chyba niewyczerpalny arsenał anegdotek, ostrej chwilami ironii) dla zwolenników nowoczesnych sposobów czytania literatury staropolskiej. Był ze starej szkoły: swoim studentom wpajał przede wszystkim zasadę wierności dawnym tekstom; zasadę uczciwego wysłuchiwania dawnych autorów, konieczność rozpoznawania kontekstów, słuchania nie siebie, ale tego, co mieli do powiedzenia dawni autorowie. Uczył ostrożności w badaniu kultury staropolskiej. Zalecał sokratejską zasadę niewiedzy, jako metodę zdobywania pewności, ale też niezwykle cierpliwie tolerował nasze różne wymądrzania się na tematy, o których wiedzę mieliśmy, hm, dosyć znikomą.

Byłem jednym z ostatnich Jego magistrantów. Może nawet ostatnim, zważywszy na to, iż obrona magisterium wobec ciężkiej choroby Profesora, odbyła się bez Niego. Potem, kiedy wrócił do zdrowia, wywołał mnie z wojska, proponując udział w pierwszej w moim życiu sesji naukowej. Nigdy nie zapomnę rozmów w jego mieszkaniu, lojalności, dobra, opieki a wreszcie i tego, że przybył na obronę mojej habilitacji jako profesor emeritus, aby, jak stwierdził, oddać mi ostatnią posługę.

Mam nadzieję, Panie Profesorze, że dzisiaj już rozmawia Pan z Janem Kochanowskim, może podchodzi do Was Wacław Potocki, a z zacienionego miejsca zbliża się ku Wam Stanisław Orzechowski. Bo to trwa. Bo istnieje wieczne obcowanie duchów i niekończąca się rozmowa. Pan nas wszak tego uczył. Bo Pan o tym wiedział; Pan, Panie Profesorze o tym świadczył całym swoim długim i pięknym życiem. Niech Pan Bóg da Panu Profesorowi wieczne szczęście a Rodzinie ześle swego Anioła pocieszenia.

Krzysztof Koehler