sejmik 3

 

 

 

 

 

 

 

Sejmik 3 – nawywodziwszy się na temat sejmiku dwukrotnie (por. hasło - sejmiksejmik -2) na koniec trochę sejmikowej kuchni, pochodzącej z końca wieku XVII. Będzie ją przyrządzał starzec Potocki, który z właściwym sobie sarkazmem, opowiada o różnych (w większości oburzających go) wydarzeniach sejmikowych. Świadectwa te wyraźnie wskazują na to, iż nawet jeśli w sarmackiej rzeczypospolitej żyło się poecie dobrze, to jednak współcześni – przerażali go, a praktyki polityczne, dziejące się na sejmiku (Potocki jest uczestnikiem obrad właściwie tylko sejmiku ziemi krakowskiej w Proszowicach) go oburzały. Że jeździł na sejmiki do Proszowic udowadnia w „Ogrodzie fraszek” wielokrotnie:

Jedzie nas trzech z sejmiku imo dwór szlachecki;
Sam stał na grobli, baba w stawie płucze niecki.
Prosił na wstęp. Wstąpimy, bo południe blisko
; itd.

albo

Zsiadszy z wozu, posyłam chłopca do kościoła,

Jeśli już sejmikować zasiedli do koła.

albo

Do koła w Proszowicach idący z gospody –

Na wojnę z Turkiem radzić, myślę, czy do zgody;

A w tym mnie z Jakubowic pan Królik potyka…

albo

Na proszowskim sejmiku, idąc do swej ławki,

Aż widzę po kościele przelatują kawki,

I mówię do sąsiada, co wedle mnie siędzie:

Albo

… Zgoda królowi pobór złożyć na sejmiku.

Powracając do domu, gdy na przewóz jadę,

Srogą owiec u Wisły potykam gromadę…

Udowodniwszy, że to nie zmyślone historie, przystępuje Potocki do swojej narracji.

Zsiadszy z wozu, posyłam chłopca do kościoła,

Jeśli już sejmikować zasiedli do koła.

Wróciwszy ten: „Mospanie, nie tylko zasiedli,

Drudzy już i pijani, znać, że się najedli.”

Idę wtedy; we drzwiach mię zaleci gorzałka,

Krzyk, hałas, choć dopiero obrali marszałka.

Nie mówi nic, bo jękot, a co gorsza ślepy

Na oko, pierze kijem, jako młocek w cepy.

Nie zbliżam się do stołu, diabeł mu nie wierzy;

Może mnie urwać w głowę; jeśli źle wymierzy.

Przebąknie-li też słowo, to jako otręby;

Miasto liter na papier lecą śliny z gęby.

Toż, wychodząc z kościoła, bo się dzień już schyla:

Sto głów kapusty, jedna nad nimi kobyla.

Tylko li marszałkowska, bić w stół, profesyja,

Leda by hajduk, rzekę, lepiej zażył kija.

Zwracam uwagę na ten wymowny, acz może prawdziwy obrazek: kapuścianego pola (oh, kapusto, nieodłączny atrybucie proszowickich pól, zawartości jesiennych, wlokących się w korkach małopolskimi drogami przeżartych rdzą „Nysek”, napędzanych LPG) i kobylej nad owym polem głowy. Notabene, widać wyraźnie, że częstym obiektem narzekania poety z Łużnej jest sejmikowym marszałek:

Kto, pytam, marszałkował na przeszłym sejmiku?

Szlachcic, który ma bielmo w oku, szwank w języku.

O, jako bardzo dobrze, opowiadam w skoki,

Kiedy między ślepymi królem jednooki;

Bo kiedy by widzieli, jaka wisi strata,

Nad nimi, nie rwałaby sejmiku prywata.

Bohaterem kolejnej fraszki też jest Marszałek – momot, ale nie tylko: autor podaje datę owej sejmikowej sieczki: Anno 1685 Die 5 Ianuarii

Skoro niebrania kresek kondycyją słyszą

Na poselstwo, wszyscy się dyskrecyjej liszą

W sejmiku przedsejmowym: żeby pisał wota

Ślepego, żeby głosy rozdawał, Momota

Wzięli; lecz jako było oczu do pisania,

Tak wymowy do głosów trzeba rozdawania.

Znalazło się ich kilku lepszego humoru:

Nie mogli tak srogiego dłużej znieść erroru,

Czy to wino robiło, nie wiem czy gorzałka,

Do szabel; szlachta w nogi, odbiegszy marszałka.

Długo nieustraszonym trzymał się ten sercem,

Na koniec z kałamarzem uciekł i z kobiercem.

„Dokąd, marszałku, koła naszego ozdobo?” –

Ktoś potkawszy na rynku, pyta; a ów: „Bo, bo”.

Chciał rzec: bodaj zabito; słysząc, myślę sobie:

Jak żyw-em w kościele nie słychać o bobie;

A owi miłośnicy pospolitej Rzeczy,

Obaczywszy, że żadnej nie mógł mieć odsieczy,

Naprzód rąbią trybunał, marszałkowski stolik,

Toż stołki, jeśli który omieszkał pacholik,

Na ostatek niedźwiedzie, bo to było w mrozy,

Aż Bellona przyniosła koniec krwawej grozy.

Ucichło co z większego owo dziwowisko,

Idziem znowu do rady na pobojowisko;

Jakbym pod Parkanem widział, siadszy w kole,

Gdzie stracone znowuśmy odebrali pole.

Rozumiałem, że nam już rzeczy pójdą lepiej,

Gdy oboje, fortuna i marszałek, ślepi,

I że dojdzie ten sejmik; doszedł ci po kacie,

Kiedy go inszy zerwie na swojej prywacie.

W Proszowicach, zapewne, nie zawsze w ten gorący sposób rozmawiano, stąd mamy i inny obraz tego, jak pisałem „osierdzia szlacheckiej obywatelskości”:

Napierał się król Zygmunt u szlachty poboru,

Przysławszy do Proszowic kogoś ode dworu,

Wielki koszt w wychowaniu piąciu kładąc synów.

Przeczyli wszyscy, jedni rozdać ich do młynów

(Czego Niemców słuchało z podziwieniem wiele)

Radzili, uważniejszy bali się sekwele.

Ledwie sejmik nazajutrz że marszałek zacznie,

Aż wszystko, jako ręką przywrócił, opacznie.

Jeden się ktoś z starszyny ozwał przy stoliku:

Zgoda królowi pobór złożyć na sejmiku.

Powracając do domu, gdy na przewóz jadę,

Srogą owiec u Wisły potykam gromadę.

Żadna nie chce na przewóz, aż ten, co je pędzi,

Trocha soli potrząsnął na promu krawędzi,

Że się jedna łaskawsza ośmieliła z trzody.

Potem druga, aż wszytkie do ostatniej trzody.

Kiedy tak już do promu owe owce weszły,

Śmiałem się, uważywszy sejmik sobie przeszły,

Że najciężej jednego z szlachty ująć solą:

Czego wczora nie chcieli, dziś wszyscy pozwolą.

W „Ogrodzie” pojawiają się też jednak mniej programowe, za to bardziej nastawione na dowcip opowieści:

Do koła w Proszowicach idący z gospody –

Na wojnę z Turkiem radzić, myślę, czy do zgody;

A w tym mnie z Jakubowic pan Królik potyka.

A czegóż, rzekę, wątpić? Gotowa praktyka,

Zwierz to cichy. Stąd wziąwszy starych wieków modę,

Ile ze mnie być może, do pokoju wiodę.

W innej anegdotce (wyśmiewającej i sejmikujących, i szlachcica o „mówiącym” nazwisku) czytamy:

Po długich swarach, jaka w Proszowicach moda,

Stanęła na podatek pogłównego zgoda.

Jeden pan Wielogłowski, chociaż nie przywodzi

Żadnej słusznej przyczyny, na pobory godzi;

Rozumiał, ponieważ go Wielogłowskim zową,

Że jedną swą podatku nie odbędzie głową.

Ledwie mu tego z myśli dobędziem skrupułu,

Że tu od głowy płacą, a nie od tytułu:
Zapłaciwszy od jednej, chociaż ma głów wiele

W swym przezwisku, i on się może wyspać śmiele.

Tak pozwolę, odpowie, i tego dołożył,

Żeby w laudum rzetelnie pan marszałek włożył.

Warto pamiętać: Potocki pisze fraszki, a nie ody do sejmikowej mądrości: nie można więc oczekiwać, że nagle porzuci żartobliwy, ironiczny czy wprost krytyczny ton i zacznie wspominać jakieś mniej dające okazję do złośliwości czasy. Niemniej jednak, wydaje się, że atmosfera sejmikowa w drugiej połowie XVII wieku i potem, mogła być dla nas dzisiaj może trudna do zaakceptowania, chociaż, z drugiej strony, jeśli się czyta całkiem już w tonacji serio pisaną, wypowiedź-credo Marcina Matuszewicza, litewskiego szlachcica, zapisane pod datą 1750, to wcale nie ma się ochoty traktować sejmikowej braci li-tylko z takiej perspektywy, jak ukazywał ją Wacław Potocki: Ta bowiem moja maksyma w sejmikowaniu i obejściu się w województwie była; wszystkim szczerze i ochotnie służyć, krzywd nie pamiętać i nieprzyjaciołom, gdy się okazja zdarzyła, usłużyć, nawet i darować. Za moje urzędowe actus mało albo nic nie brać, a potrzebnym jeszcze dać. Letko przyjechać i prędko ekspediować, aby stronom ekspensu nie czynić. Kombinować i przy kombinacji swego dołożyć. Na sądach i innych zjazdach w Brześciu stół mieć otwarty, winem dobrym nie tylko częstować, ale też mocno poić w czym i swego nie ochraniałem zdrowia. Na sejmikach zaś nigdy ad extremitates nie przychodzić, głos każdy bardzo obserwować, prosić kontradycentów, pretensje ich do starających się o funkcją swymi często pieniędzmi godzić. Słowa punktualnie dotrzymać. Jeżeli sejmik doszedł, wspólnie się cieszyć. Jeśli nie doszedł, tedy i z tymi, co sejmik zepsowali, jak to bywało z przyjaciółmi Radziwiłłowskimi, w zupełniej rozjeżdżać się w konfidencji, którzy, bywało do mnie przychodzili. Piłem z nimi, weseliłem się w prawdziwej szczerości, ekskuzując ich potrzeby, że to musieli dla swoich przyczyn uczynić….

Czego i czytelnikom w mokradłach brodzącym życzy…

Krzysztof Koehler