ogrody

 

 

 

 

 

 

 

Ogrody – jest ciepło, pierwszy dzień lata, nawet w Nowej Hucie ludzie grzebią się w ogródeczkach przy blokach, zatem myśl wędruje do sarmackich, szlacheckich ogrodów. (por. hasło - szlachta) Do ogródka polskiego, takiego jak ukazany jest w Panu Tadeuszu, gdzie nazwany on jest „ogródkiem Zosi”. Takich już ogródków dzisiaj jest mało: mieszano w nim warzywa z kwiatami; miało być pożywnie, smacznie i ładnie, kolorowo. Taki ogródek widzę u sąsiadów w pięknych okolicach Tarnowa, taki ogródek uprawiał jeszcze mój dziadek, jeździł „na działkę” na rowerze, doglądał grządek; podlewał; zbiorów nie pamiętam: zakradałem się tam po rabarbar, młode ogórki czy potem pomidory, koło których, na lewo i prawo rosły różnym kolorem w różnym czasie kwitnące kwiaty; nie znam się na tym: zarówno wtedy, jak i teraz nie interesowały mnie one: ani ich nazwy, ani kolory.

W tym względzie (niestety tylko w tym względzie, w pewnej trudności w wyrażaniu zachwytów nad kolorami kwiatków!) podobny jestem do Jana Kochanowskiego, którego ogród to przestrzeń, rozciągająca się wokół centrum wyznaczanego lipą (czarnoleską); ma on miejsce ważne – cień lipy, szemrzący strumyk nad którym na murawie ustawiony jest stół. Axis mundi, centrum szlacheckiego bytowania, centrum „czarnoleskiej rzeczy” - czy to miejsca prawdziwe, czy locus amoenus (miejsce przyjemne) literatury klasycznej – nie wiem: chyba jednak nie da się obronić tezy, iż sadził swój ogród Kochanowski według podręczników do poetyki! Lepiej jednak na wszelki wypadek sięgnąć do Reja, i do jego Żywota człowiek poćciwego: więcej tam szczegółów, nazw własnych, ogródeczka warzywnego, ogródeczka zielnego, marcheweczek, ogóreczków i całego tego zielonego świata otaczającego życie ziemianina w Dawnej Polsce. Więc też sobie pójdziesz potym do ogródeczków, do wirydarzyków, grządki nadobnie każesz pokopać; nie czyńże ich owak kołpakiem nazbyt wysoko, bo i woda snadnie z nich spłynie, i w głębokie, bruździe nic nigdy nie będzie. To sobie z oną rozkoszą nasiejesz ziołek potrzebnych, rzodkiewek, sałatek, rzeżuszek, nasadzisz maluneczków, ogóreczków. I majoranik, i szałwijka, i ine ziołka, wszytko to nic nie wadzi. Więc włoskich grochów, więc wysokich koprów, więc i inych wiele rzeczy, co się to wszytko przygodzi. Bo to zasię kiedy wzejdzie tedy to i panienki, albo ty ine domowe dzieweczki mogą wypleć i ochędożyć. Więc nie wadzi brzoskiniową, morelową, marunkową kosteczkę wsadzić, albo też włoski orzeszek, bo to wszytko prędko uroście, a przedsię i pożytek uczynić może. Także grosz dawszy chłopu na dzień, siła grządek może nakopać, co stanie za dziesięć. A jesienią? Nuż też ćwikiełki w piec namiotawszy a dobrze przypiekszy, nadobnie ochędożyć, w talerzyki nakrajać, także w faseczkę ułożyć, chrzanikiem, co nadrobniej ukrążawszy, przetrząsać, bo będzie długo trwała, także koprem włoskim, troszkę przetłukszy, przetrząsać, a octem pokrapiać, a solą też trochę przesalać; tedy to jest tak osobny przysmak ani twoje limunije, bo i rosołek barzo smaczny, i sama pani ćwikła, bo już będzie i barzo smaczna, i barzo nadobnie pachnęła. Albo też kopru włoskiego, póki jeszcze zielony, także z gałązkami narzezać i jakoby każdą gałązkę warkoczkiem przepleść, także w faseczkę ułożyć, ocetkiem przekropić a solą po trosze przetrząsnąć a kamieniem przyłożyć; także też to przysmak i osobny, i długo trwający może być. Albo też rydzyków nasolić, grzybków nasuszyć, a coż to za praca? A długoż to zamieszka? Ale leniwemu niedbalcowi wszytko się trudno widzi. Ano tak Nuż też zasię azaż źle ogóreczków nasolić, także też kopczykiem a wiśniowymi albo dębowymi listki przekładać, aby były mocniejsze? Zaż też wadzi i powidłek sobie nadziałać, owoców nasuszyć, różyczek albo inych ziołek nasmażyć, wódeczek napalić?

Wiemy, że ogródek warzywny (jak w Panu Tadeuszu jeszcze) jest w tyle domu (por. hasło - dworek) rosną w nim warzywa potrzebne do kuchni, ale i różnego rodzaju ziółka: te ostatnie przydadzą się zapewne do przygotowywania różnych pachnących nalewek. Mamy trochę źródeł najdawniejszych o szlacheckich ogródkach: dzieła Crescentyna, Gostomskiego, Haura i inne. Tam, co prawda dosyć pobieżnie, ale za to obligatoryjnie wspomina się o szlacheckich ogródkach: ogródek musiał istnieć koło szlacheckiego domu z definicji. Oto co mówią na temat ogrodów warzywnych poważni badacze: „W XVI-XVIII w. ogrody warzywne zakładane były przez szlachtę na terenie należących do niej folwarków. W latach 1580-1655 w Wielkopolsce w dobrach drobnej i średniej szlachty istniały najpewniej przy większości (80-90%) folwarków. W każdym folwarku było ich najczęściej od 3 do 5, maksymalnie zaś (w jednym przypadku) aż 8. Zajmowały one powierzchnię przeciętnie 2,2 morgi na 1 folwark. Średnia wielkość ogrodu wynosiła zatem 1,2 morgi. Było to około 1,5% ogólnego areału ziemi folwarcznej. Najwięcej uprawiano w nich kapusty czarnej i białej (która zajmowała ponad 34% powierzchni folwarków), znacznie mniej marchwi (około 14%), następnie cebuli, konopi, rzepy, jarmużu, pasternaku i anyżu, najmniej zaś maku (0,5%). Uprawy uzupełniały także inne warzywa – ogórki, pietruszka i koper, oraz zioła, różne nasiona, groch i tatarka.” To ja wolę Reja, chociaż cyframi mnie nie raczy ani procentami (niestety).

Nie mówię tu o ogrodach typu Sofiówka, szalonych wizjach magnatów, którzy wielkim nakładem sił i środków realizowali swoje wizje w okresie, kiedy już powoli Rzeczpospolita zaczęła przechodzić w fazę opowieści o dawnych dobrych czasach. Wróćmy zatem do nich, opuszczając Powązki, Polankę, Sofiówkę, nawet uciekając z królewskiego Wilanowa, do szlacheckiej siedziby, nie oligarchicznie, lecz republikańsko się zachowując. Zasiadamy u Kochowskiego, który się chwali swoim wirydarzem, miejscem zacienionym koło domu, gdzie można się napić wystałego piwa, i gdzie zamiast lanczoftów Rubensowych mamy do czynienia z rozległym widokiem na okolicę. Zresztą zobaczmy co to za widok roztaczał się z tego „szlacheckiego okna” na swojską okolicę, czytając słynny wiersz Potockiego „Belweder”, który chciałbym – przed wakacjami - zadedykować wszystkim moim przyjaciołom i znajomym chodzącym na uwięzi „Krakowskiego Przedmieścia i okolic” – wszystkim moim druhom (i druhnom) warszawskim.

Pytam, co to za pałac, mijając Warszawę.

Powiedzą mi: „Belweder”. Mając znowu sprawę,

Kiedy czynię przez Kleparz do Krakowa cugi,

Pytam także o pałac, aż Belweder drugi,

Który jeżeli go kto po polsku tłumaczy,

Wdzięczne, piękne wejźrzenie z francuskiego znaczy….

Wszytkie zmysły Belweder, nie rzkąc oko, pasie.

We drzwiach dziardyn, drugi raj; mając wdzięczne gusty

Owoce, zioła zapach; nie masz tu kapusty,

Rzepy i – której nasze ogrody przywykły

Boćwiny po litewski, po naszemu ćwikły…

Mnie wesoły belweder, śliczna perspektywa,

Kiedy równa ulega pod pszenicą niwa

Albo kłosy, rumieńcem zapalone źrałem,

Lekkim wieniem zefirów kołyszą się wałem;

Kiedy uszykowane szeregami kopy

Pojazdu swego z pola czekają do szopy.

Kościół we wsi: kiedy chcę rachuję się z duszą,

Nie dbam, choć mnie zegary, choć dzwony nie głuszą.

Kompas znakiem południa, kogut posłem świtu.

I sen, i obiad zawsze wedle apetytu.

A kiedy matki z swymi łączą się jagnięty,

Znieś organy, znieś wszytkich muzyk instrumenty

Nie usłyszysz tak rózych i głosów tak wiele;

Co kto lubi, mnie inszej nie trzeba kapele.

Myśl bezpieczna, a zawsze przy wesołej cerze.

Niechajże zdrów pan siedzi w swoim Belwederze;

Mnie tylko zdrowia, kiedym nikomu nie dłużny,

Póki Bóg żyć naznaczył, w mojej trzeba Łużnej.

 

Krzysztof Koehler