Trunki (part two: in vino veritas)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trunki (part two: in vino veritas) – co bardziej krewcy, co bardziej niespokojni (lub pozostający w złowróżebnych szponach nałogu) czytelnicy naszego palusa o wino się dopominają, czemu niby zaczyna się mówić tu o piwie najpierw (por. hasło - Trunki (part one: piwo nie woda), a nie o winie, skoro wino, szlacheckim wszak napojem jest:

Witaj wino, moszczu słodki,

Przez twe ugłaszcz serca środki,

Cię nie piją Turkemanie,

Lecz sami chrześcijanie.

Przecież nie gmin, tałatajstwo,

Lecz książęta, szlachta, państwo

Lub rad osoby publiczne,

Gdzie miasta polityczne.

A chociażby z tego powodu, iż wino jest tradycyjnie strasznie nadużywanym przez przeróżnych krytyków szlacheckiego życia wymiernym znakiem zepsucia: że niby szlachta nad stan żyje sprowadzając za wielkie pieniądze węgrzyny czy nie daj Bóg jeszcze jakieś wina z europejskiego Południa czy Zachodu. Od Skargi (por. hasło - Skarga, Piotr)  do Starowolskiego, ten sam męczący, przeżuty koncept. Wiemy skąd on: bo wszak Horacy nachwalić się - w znanej nam epodzie Beatus ille, która to, jak wiemy była tekstem założycielskim dla poezji ziemiańskiej (por. hasło - poezja ziemianska) a szerzej dla mówienia o szlacheckim zasiedzeniu się w przestrzeni - zatem Horacy nachwalić się nie mógł wina swojskiego czyli rocznego: horna vina. Tak się należało zachowywać. O znaczeniu ekonomicznym wina sprowadzanego z Węgier można się najlepiej przekonać spacerując po Bieczu (por. hasło - Potocki, Wacław (Biecz i okolice) – mieście, którego zapewne nieświadomie, eksponując ogromną beczkę (zaraz po prawej strony od wjazdu ze strony Gorlic!) – przyznaje się do tego, iż lata świetności miało w czasach winnego boomu, który to boom przypadł na XVII wiek. Chodziło głównie o wina węgierskie, choć kosmopolici, tacy jak doszczętnie sfrancuziały, do tego stopnia sfrancuziały, iż najpierw wdał się w spisek detronizacyjny, a potem zbiegł do swego Ludwika XIV z Polski, Jan Andrzej Morsztyna, w słynnym „pijackim” wierszu (wrócimy jeszcze do niego, bo warto) zachwala ewidentnie wina tylko z kraju króla słoneczko:

Piłeś burgundzkiej prasy potok z Bony,

I anżuł biały, i burdo czerwony,

I nie francuskie jakoby jagody

Słodki frontignac, nie cierpiące wody;

I co nie gardzi taką mieszaniną

Orleans, bitną pamiętny dziewczyną.

I prowinckiego marsyliskie tłoku,

I od Narbony wina z Langwedoku…

No, ale mimo iż pijało się w Rzeczpospolitej wina z Hiszpanii, z Włoch, tak, ale i z Krety – słynną małmazję (niektóre sprowadzano drogą morską, niektóre – szły lądem przez Półwysep Bałkański) to tak naprawdę w ilościach hurtowych spożywało się węgrzyna! A z węgierskich win zaś największą sławą cieszył się tokaj. Hungariae natum et Poloniae educatum – przywołuje maksymę Bystroń, mając na myśli sprowadzane beczkami z Węgier i rozlewane do butelek w Polsce wina od Węgrów. Ale owo educatum, może miało już jednak też zabarwienie lekko… ironiczne, bo „szlachcenie” wina, szczególnie w karczmach, nie było jakimś rzadko spotykanym procederem: co tysiąc kuf albo dwa wina morawskiego do Krakowa przez rok wnijdzie, to go na lekarstwo kwarty jednej we wszystkim mieście nie dostanie: wszystko się za tydzień w tokajskie obróci, jako i sok w petercyment, wino francuskie w reńskie a piwo hamburskie w małmazyją. A my to wszystko wypijemy – ironizuje Szymon Starowolski, cytowany przez Bystronia.

Prawie jak z naszych czasów to opowieść; choć w latach mej młodości inne wino cieszyło się powszechnym uznaniem biedniejszej części narodu post-szlacheckiego; owe wina gronowe, zwane pieszczotliwie dżepami, jabolami czy jeszcze inaczej. W sarmackiej ojczyźnie naszej, Pieśń o dzbanie Jana Kochanowskiego zresztą szczerze nie czyni zbyt wielkich rozróżnień pomiędzy smakami, bukietami czy innymi magicznymi określeniami koneserów, raczej zwracając uwagę na procenty:

Jakkolwiek zwano

Wino, co w cię lano,

Przymkni się do nas, a daj się nachylić,

Chciałbym twym darem gości swych posilić.

A zachwalającemu lecznicze właściwości napoju bachusowego Zbylitowskiemu z początku wieku:

Wino dowcip zaostrza, posila człowieka,

Żołądkowi potrzebne i przyczynia wieka.

Frasunek, myśli próżne wybija nam z głowy,

Czemu żaden nie sprosta wymownymi słowy.

Dni wesołych matką jest, dobrą myśl sprawuje,

Winem głowa zagrzana kłopotu nie czuje…

Odpowiada pod koniec tegoż, dosyć przenikliwie Potocki:

Trzy pożytki z pism świętych w winnym widzę trunku:

Pierwsza, krew Pańska z niego; druga, że w frasunku

Serca cieszy; ostatnia, i tu skutek jawny,

Że stwierdza i posila żołądek niestrawny.

Przebóg! We wszystkich tych trzech rzeczach wielka skaza:

Bo miasto ubłagania boska tym obraza,

Kto w niegodne usta krew, a rzadka nowina,

Żeby dzisia inaczej, jego bierze Syna;

Druga miasto wesele przynosi mu troskę,

Jeśli przepił ojcowską na winie kto wioskę;

Trzecia, co miał żołądek leczyć, że nie trawi,

To się winem rąk i nóg i głowy pozbawi.

O czym nadmieniam, zwracając się z braterskim upomnieniem do tych ze współbraci moich, którzy już nie mogli się winka w palusie doczekać.

Krzysztof Koehler