Lampeczka oświeceniowa, no a Gombrowicz?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lampeczka oświeceniowa, no a Gombrowicz? - Autor „Trans- Atlantyku”, autor wynurzeń o Sienkiewiczu, czy jego do grona oświetlonego blaskiem oświeceniowej lampeczki (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa)  zaliczyć można, należy, wypada, wolno? Wiem, wiem: pisano o tym wiele razy; sporo ludzi mądrych zabierało w tej sprawie głos, więc nie za bardzo wypada, może więc choć tylko kilka słów na marginesie tego co o Sienkiewiczu, (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa (2) co o dawnej Polsce prześwitującej przez Sienkiewicza miał do powiedzenia ten „duchowy ojciec” polskiej inteligencji. (por. hasła - oni-mysens historii)  A może jednak pseudointeligencji, a może nawet słynnych „wykształciuchów”, bo jakże inaczej, maleńka moja, udowodnisz swoją przynależności do inteligencji, jak dowiedziesz umysłu krytycznego, jeśli nie odniesiesz się krytycznie – mało powiedziane! – jeśli, nie powalisz na kolana polskiego ciemnogrodzkiego ciemniaka, Sarmatę, wychowanica nie Idy wysokiej, ale Sienkiewicza ciemnego-prymitywnego, instruktora narodowych, niskich, zbiorowych odruchów. Zatem, co miał do powiedzenia w tej sprawie Gombrowicz? Ale też należy dodać, że owo bycie „wykształciuchem” nie jest jakąś polską typową specjalnością: to pewna jakość międzynarodowa: jeden z moich znajomych transoceanicznych, z pochodzenia Irlando-Polak, przeczytawszy podsuniętego mu przeze mnie Grombra, autentycznie odetchnął, ciesząc się, że łatwiej mu będzie przyznawać się do jego milwaukeeańsko-greenpointowego polskiego zaścianka, mając świadomość, że nie tylko Henryk, ale i Witold jakąś ową polskość wyznacza. Ale to nie jest wszystko takie oczywiste i – mimo pozorów – Gombrowicz, chyba jednak z trudnością do owej grupy oświeconej się zalicza:

Ale nie lekceważmy Sienkiewicza. Od nas samych zależy, czy on stanie się narzędziem prawdy czy fałszu, i jego twórczość tak wstydliwa może doprowadzić nas do samoobnażenia w większej mierze niż jakakolwiek inna. Demaskująca, obnażająca siła Sienkiewicza na tym właśnie polega, że on posuwa się po linii najmniejszego oporu, że cały jest przyjemnością, nieobowiązującym wyżyciem się w tanim marzeniu. Jeśli przestaniemy widzieć w nim nauczyciela i mistrza, jeśli zrozumiemy, że to jest poufny nasz marzyciel, wstydliwy opowiadacz snów, to książki jego urosną nam na miarę sztuki o charakterze spontanicznym, której analiza wprowadzi nas w mroki naszej osobowości. Gdybyśmy pisarstwo Sienkiewicza potraktowali w ten sposób, jako wyładowanie instynktów, pragnień, tajnych aspiracji, ujrzelibyśmy w nim prawdy o sobie, od których, być może, włosy stanęłyby nam dęba. Jak nikt, wprowadza on w te zakamarki naszej duszy, gdzie się urzeczywistnia polskie wymigiwanie się życiu, polskie uchylanie się prawdzie. Nasza "powierzchowność", nasza "lekkość", nasz w gruncie rzeczy nieodpowiedzialny, dziecinny stosunek do życia i do kultury, nasza niewiara w pełną rzeczywistość egzystencji (wynikająca chyba z tego, że nie będąc w pełni Europą, nie jesteśmy Azją) ujawnia się tutaj tym gwałtowniej, im bardziej się tego wstydzi. Jeżeli nowoczesna myśl polska nie zdobędzie się na należytą przenikliwość to, przerażona tym odkryciem i pragnąc za wszelką cenę upodobnić się do Zachodu (lub do Wschodu), pocznie tępić w nas te "wady? i przerabiać naszą naturę – co doprowadzi do jednej więcej groteski. Jeżeli jednak będziemy dość rozumni, aby po prostu wyciągnąć z siebie konsekwencje, odkryjemy zapewne w sobie nieprzewidziane i nie wyzyskane możliwości i zdołamy zaopatrzyć się w piękność zgoła odmienną od dotychczasowej. [...]

Ależ to, co ma do powiedzenia Gombro, to właśnie przestroga, przed oświeceniowym gestem, powielanym wciąż i wciąż z pokolenia w pokolenie. Gest ten rodzi się ze strachu, ze wstydu, z zażenowania, że myśl polska, że polskość trochę jednak nie podobna jest do Zachodu.
Efektem tych odczuć, jest stała i nieustanna skłonność do tępienia „wad” i wysiłek przerabiania owych na coś lepszego (ale co?; co dalej z Polakiem, który uświadomi sobie, że źle z nim, z jego tożsamością, że funta ona kłaków warta, do niczego, że należy primo się ich zawstydzić, zawstydziwszy secundo odrzucić, a odrzuciwszy… tertio, no właśnie, co? co robić?). Lecz nie potrafiąc machiny wytworzyć odpowiedniej, jak należy przerabiającej świadomość postszlachecką, postsarmacką za pomocą jakiegoś czarownego zabiegu, rozpoczęła owa kilka zawstydzonych„ucieczkę do przodu”, polegającą na odcinaniu się od motłochu, czerni, ciemnoty, zacofania, szlachetczyzny czy jak tam to zwać. I to wszystko. A Gombrowicz, a może on chciał z nas Sarmatów pełną gębą uczynić, mocno zamieszkałych w dziejach, ale też i silnych swoją historyczną świadomością, z przezwyciężenia, a nie z wstydu zrodzonych, bo wstyd, faktem, kolejną groteską, kolejną nierzeczywistością jest.

Zatem nie jest łatwo sobie Gombrowiczem usta po posiłku wycierać. W jego rękach lampeczka oświeceniowa świeci, mam wrażenie, czystym światłem, określanym przez troskę. I my troską ową kierowani, wyszedłszy na jasne światło, w moczary – może jeszcze z ociąganiem, bo co z Miłoszem, co z Herbertem? - powoli zawracamy, szperać, zanurzać się,  (por. hasło - palus sarmatica) poszukiwać dalej, da Bóg, wytrwale.

Krzysztof Koehler