Sąsiedzkość

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sąsiedzkość – Rzeczpospolita była strukturą małych i dużych sąsiedztw, powiedział Andrzej Zajączkowski, świetnie zapowiadający się badacz polskiej kultury szlacheckiej nim wykurzony przez lepiej się znających na owej kulturze szlacheckiej badaczy posługujących się posłusznie, bądź programowo metodami jedynie słusznego marksistowskiego podejścia do historii, przeniósł się do bezpieczniejszych badań nad kulturami afrykańskimi. Tak, myślę, że po tak długim okresie po 1989 roku, kiedy to nikt nie miał ani ochoty, ani też powodu, aby krzywdzić odchodzących powoli do lepszej rzeczywistości badaczy, którzy stanowili o humanistyce polskiej w latach marksistowskiej nad nią dominacji, a następnie, może niektórzy mogą się pochwalić niekwestionowanym dorobkiem naukowym, myślę, że czas dokonać pewnych rozważań o tym w jaki sposób postępowali oni sobie z badaczami nieprawomyślnymi. Co stało się z Wacławem Borowym, na przykład? I czemu, a może przez kogo prof. Zajączkowski został wypchany do badań nad Czarnym Lądem?

Bo mimo, że został zagłuszony: miał rację! Ta racja ma sens, i ona wygrywa, zaś dziwaczne uchwyty badaczy podkopanych marksistowską strategią podejrzeń dzisiaj powinny powędrować do lamusa, choć nie wiem czemu wciąż jeszcze nie wędrują. Czemu straszą one? Czemu pozwala się im istnieć i zatruwać umysły czytelnikom, nauczycielom, studentom?

Ba: Zajączkowski powiedział jedną z ważniejszych prawd o Rzeczpospolitej: o odczuciu społecznym jej obywatela (por. hasło – cives): że mianowicie obywatel w Rzeczpospolitej zanurzony był jak ryba w wodzie, jak groszek w strączku – w sąsiedztwie: to było jego środowisko naturalne; okolica pierwszego i często ostatniego oddechu: sąsiedzkość stanowiła o tożsamości, o samoświadomości, o zadaniach, które się miało do wykonania. (por. hasła – pospolite ruszenieelekcja wolna (fakty)sejmsejmik) Sąsiedzkości świadectwa, pamiętamy zapewne, że potrafią brzmieć jak pogróżka w wypowiedziach Paska (por. hasło -Pasek) przesłuchiwanego przez dostojników królestwa, ale też w poruszającym wierszu Kaspra Miaskowskiego w zapisie pożegnania z owym sąsiedztwem mają formę opisu całego zespołu uczuć wiążących człowieka z sąsiedztwem, tym naturalnym otoczem ludzkiej egzystencji, którego zapewne znaczenia najmocniej się doświadcza, kiedy się je traci:

Żegnam was, pola włoszczonowskiej kniei,

Gdzie się mnie wrócić nie masz i nadziei;

Żegnam cię, błotny z twymi, dworku, ściany,

Snopkiem odziany!

Żegnam was, żyzne dwa pobocz ogrody,

I oba stawki hojnej pełne wody,

Gdy w cię Eolus mokrym skrzydłem żenie

Z pola strumienie!

Żegnam was, sadki na wiosnę zielone

A lecie wiśnią dojźrzałą rumione;

Daj i ty rękę, wirydarzu lichy,

Palladzie cichej!

Tu ona szczypiąc kwiatki twe chodziła,

A wiersz zarazem dowcipem rodziła;

Prostyć, lecz pióra dotkliwego różny

I żółci próżny.

Żegnam poddane rzewliwe, rzewliwy,

Przeciwko którym, jeślim nie pierzchliwy,

Anim był ciężki ornym wołom w pługu,

Uchodząc długu.

Niech wżdy chowają w pamięci mię wdzięcznej,

Dokąd dzień słońce, a noc krąg miesięczny

Prowadząc, wrócą lato im po śniegu

W poprzecznym biegu.

Żegnam cię, Rybski, mój życzliwy Stachu!

W któregom jadał często ja chleb gmachu;

Bądź to wezwany do twoich więc gości,

Z całej miłości;

Bądź żebym ci płód z nieba darowany

W pieluszkach doniósł do zbawiennej wanny,

I odniósł śliczne matce zaś na łono

Dzieciątko ono!

Lecz kto śmierć z ostrą z tyłu zoczył kosą,

Gdy nań dybała nogą chytrze bosą,

I niż okrągły doszedł mu rok miary,

Wzięła na mary?

Niech staną w brzegu twe, matko, źrzenice!

Dosyć wypiło z nich odnóg oblicze,

Kiedy członeczki lilijowe one

Legły uśpione.

Żegnam cię tedy, żałosna mogiło,

Któraś zawarła dziecię, niż mówiło;

Dziecię, co wiły już mu wieniec złoty

Słodkie przymioty!

Żegnam cię, stryju własny jego, Pietrze,

Choć znowu bujasz po dworskim tam wietrze;

Bom cię życzliwym znał w tej tu ku sobie

Trzyletniej dobie!

Żegnam i ciebie, gąmbiński kościele,

Kędym nabożnych widział ludzi wiele

I słyszał w niebo przy ofierze drżący

Głos ich gorący.

Żegnam cię, domie wystawiony z cegły,

Mało co domu świętego odległy,

Skądem mógł, niż szczedł czas mi nocy wronej,

Poprzedzić dzwony.

Żegnam was nie mniej, pomazańcy Boży,

Niźli wam złotą koronę odłoży

Za nieleniwe w jego służbie stopy,

A nie dla kopy!

A między nimi, żegnam, Marku, ciebie,

Tyś mi ojczyznę pokazowa! w niebie

I omył, niźlim przyjął, Bogu krzywy,

On pokarm żywy.

Żegnam was, głosy krzykliwe z organy,

Gdy u ołtarza stanął ksiądz ubrany;

Bądź arfą Bogu Dawidową służy,

Słodszą nad Muzy.

Żegnam Was, wszystkie tegoż ludzie miasta,

Kto mi życzliwy mąż abo niewiasta!

Zegnam przed nimi tymi ja was słowy,

Szlacheckie głowy:

"Żyjcie w pokoju i wzajemnej zgodzie,

W ochronie z nieba i miłej swobodzie!

A ja cnych waszych trębaczem spraw będę,

Kędy usiędę".

Interesujące świadectwo pożegnania, doświadczenie utraty i w związku z tym uświadomienia sobie znaczenia sąsiedztwa przynosi też wiersz Wespazjana Kochowskiego (por. hasło – Kochowski, Wespazjan) Rozjezdne pożegnanie z ojczystym Gajem:

Ojczysty Gaju

Który w tym kraju

Masz swoje pochwały,

Dziedzictwo mierne,

Leć panu wierne,

Szpłachciu cnoty stałej.

Z dawnego wieku

W naszym opieku,

Zawsze z jednym panem

Trwasz nie przestając,

Odmian nie znając,

Niż się dostał wianem,

Tu Ociec z dziady,

Krewnych gromady

I mali wnukowie

Dzieciństwa doszli,

Tu w zgodzie rośli

Przy swej starszej głowie.

Tu na pagórku,

W drewnianym dworku

Pierwsze krotofile;

/…/

Lub konwersować,

Lub zażartować,

Lub potrzebien rady,

Lub sobie życzy

Człek w okolicy

Uciechy z sąsiady,

Tamże kuminy

Bliskiej rodziny

I skrewnione wioski

Nakoło stoją,

Bliskością swoją

Własny ogród włoski…

Owe albowiem „kuminy bliskiej rodziny i skrewnione wioski”, których się dzisiaj (por. hasła - oni-mysens historii) jakże często człowiek z prowincji wstydzi i wolałby rozpuścić się w anonimowości wielkiego miasta (co mówię jako rozmówca-obserwator, a nie uczony dociekacz) stanowiły zapewne o - jak to się w XIX wieku mówiło – sile moralnej szlachty polskiej. Rodzina (por. hasła – rodzina szlachecka, Starzec (i... śmierć)żona) i sąsiedzkość to były podstawy społecznej akceptacji: naturalne środowisko, gleba, która rodziła wolnych, pozbawionych kompleksów ludzi, którzy całe swoje państwo w kategoriach takiej po prostu tylko większej sąsiedzkości traktowali.

Krzysztof Koehler