stół

 

Stół – za stołem siedzi Sarmata. Powtórzcie to państwo wolno i z właściwym akcentowaniem. Za stołem siedzi Sarmata. Na stole leżą talerze, kiszki, kapusta umieściła się na półmiskach, kiełbasy, szynki, wety, wszystko jest naszprycowane przyprawami, tłusto, aromatnio i dostatnio. (por. hasło - Jadło (szlacheckie?) Podczaszyc, znaczy dokładnie chłopiec, wino donasza węgierskie albo piwa marcowe.

U Kochanowskiego zawsze prawie wino ze stołem idzie w parze:

Chcemy sobie być radzi?

Rozkaż, panie, czeladzi,

Niechaj na stół dobrego wina przynaszają…

(Pieśń IX, ks.I)

Siedzi się przy stole, bo i czas po temu. Stół stoi w izbie jadalnej. (por. hasło - izba jadalna) Jeżeli już jesteśmy przy poecie, jego zdaniem wynosi się stół niekiedy, ale to latem ma się rozumieć, w przyjemny cień nad potokiem, gdzie można posłuchać ptaków śpiewu i szmeru strumyka. Gdzie można porozmawiać i pogawędzić; napić się i nagadać.

Stół sarmacki jest bowiem jak kuchnia u rosyjskiej inteligencji, tej od Mandelsztama, od Achmatowej. Bo trzeba mieć na czym łokcie oprzeć. Na czymś się skupić, kiedy – bywa że i tak – świat wiruje wokół. Za stołem zasiadają właśnie goście. Zajechali do dworku (por. hasło - dworek) sanną (por. hasło – kulig). Kto? Bracia z sąsiedztwa (por. hasło – Sąsiedzkość) z żonami (por. hasło – żona), córkami,  tak samo nieco wygasłe, samotne wdowy (por. hasło – wdowy i panny). Będzie się działo, będą jakieś tańce, na zewnątrz mróz, w hałasie, przekrzykiwaniach się, śmiechach, dźwiękach pierwszych instrumentów (por. hasło – sarmacka muzyka) trwają te chwile przed zabawą; wznosi się toasty (por. hasło – toast), w końcu raz się żyje. Za oknem zawierucha, stół synonim stałości i ogień, synonim ciepła a wszystko to w przeciwstawieniu, które buduje najsilniej w polskiej mowie, dzisiaj u nas królujący Jan Kochanowski, który idąc w zawody z Horacym układa swoją XIV pieśń na zasadzie absolutnego kontrastu:


Zima z jej mroźnymi atrybutami (ale też kolorem białym):

Patrzaj, jako śnieg po górach się bieli,

Wiatry z północy wstają,

Jeziora się ścinają,

Żurawie, czując zimę, precz lecieli

I dworek z jego wnętrem, a właściwie jego synekdochami, jeśli Państwo mnie rozumieją: pars pro toto (bo nie da się o dworku całym mówić, można, bo język jest rasowym nominalistą, mówić jedynie o konkretnych rzeczach)

Nam nie lza, jedno patrzać też swej rzeczy:

Niechaj drew do komina,

Na stół przynoszą wina,

Ostatek niechaj Bóg ma na swej pieczy!

Zatem stół i kominek, drewno i wino, czerwone i… czerwone (lub białe), ale raczej czerwone: drewniany stół, drewno w kominku, po stole ścieka stróżka rozlanego nieuważną ręką podczaszyca (no, chłopca właściwie) wina: wnętrze, ciepłe, pachnące i zewnętrze – zobaczcie raz jeszcze: śnieg się bieli, wiatry wstają, jeziora się ścinają brr, a tu wino, stół, komin. Komin! Tak, komin, (por. hasło - komin) trzeba będzie o nim też trochę porozmawiać.

Bo jesteśmy w Rzeczpospolitej. A bez komina, stołu i wina Rzeczpospolita istnieć nie może.

Krzysztof Koehler