Rozkosze zimy, kulig

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozkosze zimy, kulig– chciałbym być dobrze zrozumiany. Nie będzie mowy o narciarstwie, niestety, bo z mej skromnej wiedzy wynika, że narciarstwo nie było dyscypliną wśród szlachty popularną. W  ogóle z dyscyplin sportowych, jak czyta się Reja, wygląda na to, że ćwiczenia fizyczne trochę różniły się od dzisiejszych sportów. Na pewno jeździectwo (sztuka powodowania koniem: skoki przez przeszkody, wyścigi, trafianie w cel); poza tym robienie szablą (por. hasło – uzbrojenie) no i może jakieś gry, niekoniecznie hazardowe, chociaż grę w karty czy w kostki znano.  (por. hasło – szlachecki hazard) Wracając do zimy, widać, iż poza polowaniem, o którym już się w moczarach rozmawiało, (por. hasło – Polowanie), zimowe dyscypliny sportowe to taka społeczna działalność jak sanna (kulig), a poza nią może jeszcze palenie w kominku (por. hasło - Rozkosze zimy, kominek) i tańce i zabawy (por. hasło - szlachecka muzyka) w okresie karnawału. Za bardzo nie wiem co jeszcze.

Nieodzowna encyklopedia wiedzy wszelakiej, dzisiejsze Nowe Ateny tak definiują kulig: jeden lub kilka zaprzęgów konnych z przyczepionymi saniami w formie orszaku. Jest to rodzaj zabawy, której często towarzyszy muzyka, śpiew oraz zabawa przy ognisku. Wieczorem częstokroć kulig jest oświetlany pochodniami. Od XVII wieku do początku wieku XX kuligi były bardzo popularną rozrywką magnaterii. Z właściwą sobie dokładnością definicja pomija szlachtę, tylko czyni z tej sąsiedzkiej zabawy obyczaj klasy najwyższej. A tymczasem nie jest to prawda: kulig był częstą formą społecznej egzystencji naszych przodków. Ostatnia scena z Potopu, którą pamięta każdy prawie Polak, kiedy ty spełniony Kmicic na saniach w formie i kształcie niedźwiedzia polarnego pędzi lekko przytulony do Oleńki i spija z jej pełnych ust (na mrozie) siarczyste pocałunki, a za nimi, przed nimi jadą inni na saniach czy nawet konno, towarzysze broni, przyjaciele  - to właśnie kulig, którego marszruta prowadziła od dworu do dworu, (por. hasło - dworek) gdzie ostatecznie zajeżdżano do celu, wysiadano, puszczano w ruch muzykę, zasiadano do zastawionych stołów i w dalejże cieszyć się kompaniją, popijać, błaznować, dyszkurować, wstawać od stołu wykonując z wybranką serca tańce,  (por. hasło - szlacheckie tańce) śpiewać, (por. hasło - szlacheckie śpiewy) przypijać, (por. hasło - Trunki (part four: zamknienie debaty) grzać ręce przy ogniu itp. W Małopolsce teraz ferie szkolne. Siedzę zasypany w górach i rozmyślam, jak tu kulig zorganizować? Może namówię sąsiada z traktorem, aby wyjechał z garażostodoły podpiął jakie sanie (może jeszcze ma, odziedziczone po dziaduniu), my się z sankami dołączymy i miłym, spalinowym powietrzem udamy się na sanną? Potem (przymykam oczy, ciągnik turkoce, dzieci się cieszą), potem zajedziemy, trąbiąc i pokrzykując do sąsiedniego sioła, wyskoczymy z sanek, i z przytupywaniem, otrząsaniem śniegu z kurtek, czapek, płaszczy do sieni wkroczymy? Tam nas ochoczy gospodarz przywita, da łyknąć na rozgrzewkę i wtoczymy się do wnętrza i tak dalej. That’s enough.

Bystroń potwierdza, iż kulig zimą, z jej przejmująco długimi wieczorami był wielką atrakcją przerywającą wiejską nudę. Ja właściwie raz w życiu na kulig się udałem: rozdano pochodnie, trzy sanki ciągnione przez w sanie zaprzężonego konia, gdzieś na Podhalu, pod Tatrami. Potem dojazd na ognisko. Kiełbaski, żarty i z powrotem. Jakby jakieś zaliczenie jednego z punktów pobytu, właściwie smutek, gdyby nie radość dzieci. Właściwie parodia, no, ale skoro się jest na zimowisku, sanna to punkt obowiązkowy, albo – jeśli szkolenie lub impreza integracyjna – świetny pretekst do kilkugodzinnego wyjazdu z ośrodka. Właściwie parodia już zaistniała w Trans-Atlantyku, kiedy kuligiem bez śniegu i zimy zajeżdża Polska do domu Gonzala, aby pokazać, że nic sobie nie robi z wrześniowej klęski. (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa, a „Trans-Atlantyk”? ) No, ale palus sarmatica nie jest o czasach dzisiejszych, o dzisiejszym smutku i nostalgii, tylko o czasach pełnych, czasach pełni, więc lepiej wróćmy do sceny z Potopu i jedźmy z dzwoneczkami przez las, w pełnym pędzie jedźmy; śnieg wyrzucany przez końskie kopyta, śnieżyca, szum wiatru, pokrzykiwania, a obok siebie miejmy bijące podobnym do naszego rytmem kochane serce. Jak już nic nie mamy: ani koni, ani sanny, to chociaż śnieg i to serce będzie z nami.

Krzysztof Koehler