Prawem i.... prawem

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawem i.... prawem – przyzwyczajono nas w szkołach podporządkowanych materialistycznej doktrynie marksistowskiej, gdzie kwestię postępu, wstecznictwa i zgodność z teorią wpływu bazy na nadbudowę traktowano jako problemy znacznie ważniejsze niż naukę dawnej burżuazyjnej historii, prawodawstwa itp., zatem: przyzwyczajono nas odpowiednio odnosić się do stosunku szlachty do prawa. Łącznie z instytucjami prawa, takimi jak sądy. Rozpoczynając niniejszym poważniejsze studia w tej materii, chcielibyśmy w naszym obecnym wystąpieniu nieco sobie, hm, przedpole oczyścić, by można było rozumieć czym dla przeciętnego Niezguły herbu Safanduła ze wsi Piecki Dolne było prawo.

Ja się jeszcze w szkołach uczyłem a potem powtarzało to większość tzw. poważnych opracowań, iż szlachtę polską (i ruską, i litewską) charakteryzowało pieniactwo. Wyczytałem to też z „Sarmatyzmu” (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa), gdzie dosyć średnio sympatyczni bohaterowie dumni są, że się odwiecznie o Bardzo Ważna Bzdurę procesują. Na prawa, i owszem, a raczej na jego egzekucję w Rzeczpospolitej się narzeka gremialnie: często zresztą mam wrażenie, że narzekanie na prawa było częścią obyczajowości szlacheckiej, takim, hm, tematem jak dzisiaj zrzędzenie na pogodę czy tym podobne. Na prawa (nierówne) narzeka Modrzewski, na prawa (nieprzystające i uchwalane bez-wiedzy) narzeka Skarga, Piotr, na egzekucję wyroków – a szczególnie niemrawą egzekucję prawa wykonywaną przez króla na każdym sejmie (por. hasło - sejm) – narzeka każdy: fakt: to się nie mogło udać, trzeba było powołać jakąś instytucję, która mogłaby pełnić funkcję instancji sądowej, od której dopiero odwołanie a także spod której wyłączone byłyby naprawdę poważne przestępstwa – przysługiwałoby monarsze. Ale rozważania o tym jak to się wszystko działo i jak to wszystko wyglądało pozostawiam apetytowi na wiedzę naszych szanownych moczarowców.

Dzisiaj wracam do horyzontu, że tak powiem, społecznego tematyki prawodawczej. Na przykład: kiedy w roku 1553 Orzechowski, Stanisław pisze swoją przedmowę do wydanych przez swego przyjaciela – Jakuba Przerębskiego Leges seu statuta ac privilegia Regni Poloniae – zachwala jego pracę w ten sposób, iż głosi wszem i wobec, że Przerębski uporządkował i wyjaśnił prawa w Polsce, by były zrozumiałe dla wszystkich obywateli, także po to, aby na ich niewiedzy przestali żerować dranie spod ciemnej gwiazdy – causidici: mężowie przyspawani do wszelakich instytucji sądowych, owi przysłowiowi „mecenasi”, co umieją się w dżungli przepisów poruszać, co jak gąbka, czy piskorze, celowo wodę mącą, by w tym zamąceniu powszechnym rej wodzić, biorąc za to wodzenie, całkiem spore pieniądze. Oni wytłumaczą, oni znają tajne pokoje i przejścia na skróty, oni cię przeprowadzą – wrzuć tylko pieniążek. Siądź w poczekalni, widzisz tego tam, w ciemnym tużurku z pobladła twarzą trzymaną w dłoniach – to Józef K. siedzi tak już kilka wieków i czeka aż go wytrawni causidici przeprowadzą przez kolejne drzwi.

Prawa trzeba było znać, by można było w res publica żyć. Trzeba było umieć się nimi posługiwać, by działać prawnie. A przede wszystkim – trzeba obywatelsko przyswoić sobie do świadomości zasadę pierwszą: to prawo jest dla ciebie, a nie ty dla prawa.

Tę wiedzę, wydaje mi się, akurat szlachta miała przyswojoną, bo wiedziała, że prawa ją chronią w sytuacjach zagrożeń czy konfliktów. Stąd się brało, moim zdaniem, owo pieniactwo: które dzisiaj tak zachwalamy, kiedy ktoś poparzony przez własną głupotę, oskarża kawiarnię, która mu podała kubek z gorącą czekoladą, o to, że owa kawiarnia jest winna tego poparzenia. To nazywa się: obrona praw konsumenckich. A nie pieniactwo. No, ale my szlachcica, który pozywa sąsiada za zaorywanie miedzy nazywamy pieniaczem. A z jakiej racji? Co, miał zajazd robić? Głowy ucinać? Bić się? Może, ale nie tu, w Rzeczpospolitej, gdzie prawa nasze: fundament, zasada, korzeń. Dwa słowa: radix  i libertas. Połączcie je i zastanówcie się, co z tego połączenia wyniknąć może?

CDN

Krzysztof Koehler