Pielgrzymowanie – sarmacka religijność

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pielgrzymowanie – sarmacka religijność – wokół, której toczą się właściwie nieustanne debaty: że była płytka i obrzędowa; wracamy do tego tematu, ale przecież nie oszukujmy się: z tego mówienia o sarmackiej religijności płytkiej i obrzędowej zawsze wyłania się w jakiś tajemniczy sposób rozmowa o naszej współczesnej tzw. ludowej, polskiej religijności, która nie wydaje wielkich teologów, jest religijnością wiejskich staruszek, ale – co zapewne jest zasadniczym powodem tych na temat religijności dywagacji – wciąż trzyma się nieźle, co – przepraszam za kolejne wtrącone zdanie – budzi w najlepszym razie troskę czy niepokój, a w najgorszym – niezadowolenie ludzi oświeconych, którzy chcieliby w końcu nad Wisłą mieć obywateli do nich podobnych, tzn. wyzwolonych z okowów parafiańszczyny. No, ale właśnie na drodze do nowoczesności, jak dziura w autostradzie, stoi owa sarmacka, szlachecka religijność. Ostrożnie z nią: wielu moich kolegów-badaczy wskaże absolutnie słusznie: Sarmaci to też bracia protestanci, nie szalejmy tak z Sarmatą-katolikiem. Absolutnie się zgadzając, Sarmackość, chociaż w ciągu XVII wieku coraz mocniej przywiązująca szlacheckość do katolickości, była chyba pojęciem szerszym, a jak wykazał to Andrzej Zajączkowski i wielu innych po nim (por. hasło - miłośnik staropolszczyzny), wartości szlacheckiego świata, takie jak wolność, (por. hasło - libertas) dawność, rodowość, zakorzenienie – miały zapewne większe znaczenie atrakcyjności wiązania społecznych więzów niż li tylko religijność taka czy owaka. (por. hasło - Pielgrzymowanie: przegalińska erudycja ) Tak mi się przynajmniej wydaje, badań w tym kierunku nie prowadziłem, więc lepiej jeszcze trochę o pielgrzymowanie porozmawiajmy. Oto wizerunek pielgrzyma, w lekko krytycznym wywodzie Klonowica:

…. Polak z przyrodzenia

Ma ustawiczną chciwość do pielgrzymowania.

Kiedy już przewie pewny gościniec do Rzyma,

Nie zatrzyma go doma ni lato, ni zima.

Zawsze mówi: wen dalej, mnie do Kompostele,

Widzieć miasta, klasztory, szpitale i cele.

Już się polscy pątnicy uprzykrzyli Włochom,

Którzy się przypatrzyli naszych ludzi fochom.

Jedzą wiele, często się upijają radzi,

A jednego występek wielu naszym wadzi,

Gdy się spiją, nie chcą się spokojnie zachować,

Chce im się po ulicach po polsku gachować.

Włoszkowie, obaczywszy sprośne imbryjaki,

Nieczystym błotem na nich ciska jaki taki.

I często kilku łotrów szacują nas wszytkich,

I tak musi się wstydzić ich przymiotów brzydkich.

Którzy mają dukaty, bawią się rozkoszą,

Kortezyją do Polski i francę zanoszą.

Jeśli do nabożeństwa takowego chodzisz,

Do Włoch, do Hiszpanijej, sam się, bracie, zwodzisz,

Siedź radniej doma.

Nie wiem jak tam z waszym gachowaniem po włoskich placach, od siebie dodam, że oczywiście nie tylko do Kompostele i Rzymu czy do Ziemi Świętej wędrowali nasi rodacy, co z ostatnich naszych rozważań można było wyczytać; pisze o tym Bystroń: W kraju pielgrzymowano do miejsc wsławionych cudami, najczęściej zaś do cudownych obrazów Matki Boskiej, następnie do kalwaryj, gdzie pobożnie przechodzono długą drogę stacji Męki Pańskiej; odwiedzano tłumnie miejsca odpustowe/…/ Jedni szli samotnie, żyjąc po drodze łaskawym chlebem, inni raczej w kompanie się zbierali, zamożni jeździli z dworami i zewnętrznie tylko manifestowali pobożny cel podróży…

Tak. Trochę ruchu, zamieszanie rwetesu było z tymi szlacheckimi pielgrzymkami. I Bogu za to dzięki. Energia w narodzie nie gasła, fantazyi nie brakowało, co będzie można z kolejnego zapewne naszego wynurzenia wnioskować.

Krzysztof Koehler