W swaty jedziem, bracia, w swaty

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W swaty jedziem, bracia, w swaty - już, mam taką przynajmniej nadzieję, opowieść  (por. hasło - Śluby i wesela (pana Paskowa opowieść) Pana Paska (por. hasło - Pasek)  zaimplikowała czytelnikom P.T. w głowach znaczenie i funkcje instytucji takiej, jaką był dziewosłąb, czyli po naszemu swat. On jechał do wprzódy upatrzonej (wiedzieli sąsiedzi (por. hasło - Sąsiedzkość)  jak kto siedzi, kraść należało daleko, żenić się blisko!). O tym, gdzie panny na wydaniu się gnieździły, donosiła wieść gminna, mieli swoją wiedzę swaci, zresztą, jak dowodzą badacze szlacheckiej obyczajowości, dawano potencjalnym kandydatom znaki widzialne, że w danym pomieszczeniu, dworze, dworku (por. hasło - dworek), w okolicy jest panna, co się zowie, na wydaniu: gdzieniegdzie wieszano wieniec przy oknie lub tyce, gdzie indziej znów koło wozowe/…/ kilimy i kobierce/…/ łatwo się było domyślić, że dorastająca dziewczyna jest w domu, gdy się zobaczyło ogródek przed domem lub kwiaty w oknach. Dziewczęta hodowały kwiaty, wyjaśnia zaraz wszelkie wątpliwości po co dziewczęta hodowały kwiaty uczony badacz Bystroń, aby móc następnie czym zrobić wianek, należący do tradycyjnego ich stroju, hodowały też krzewy wiecznie zielone, rozmaryn, rutę, lawendę, potem i mirt… Bystroń powiada też kto mógł być owym swatem: rozumiem człowiek żonaty, doświadczony, bywały, wymowny i zręczny w negocjacjach. Spójrzmy, jak wyglądało „zamówienie” żony u potencjalnego dziewosłęba:

Pytał mnie jeden sąsiad, lecz nie będę mienił,

Żebym go gdzie od domu niedaleko żenił.

Mówię, że łacniej drzewo w gęstszym obrać gaju.

„Tak – rzecze – wisieć dalej, jako i na kraju.

Wiesz, że tym, co daleko szukają od domu,

Żeniłbyś się, być dobry, mówią, po znajomu.”

„Bogatej chcesz?” „Przyjaciół, nie panów mi trzeba.”

„Ubogiej?” A ów zasię: „ Złe mięso bez chleba,

Dosyć mi na jeden brzuch robić, co go noszę,

Cóż żona bez posagu, jeśli nie brzuch, proszę.”

„Wdowy chcesz?” „I ta mi w małżeństwo nie godzi,

Nierad na tej, z której kto tonął, pływam łodzi.”

„To pannę?” „Diaboł ją wie, jakie ma narowy.”

Zła bogata, uboga, złe panny, złe wdowy.

Pytam jeżeli pięknej. „Trzeba by jej warty.”

„Więc szpetna?” „Dosyć widzieć malowane czarty.”

„Do młodej czy do starej jechać w dziewosłęby?”

„Młody cielę od kołka, starą karmić z gęby.”

„Wielka czy mała?” „Wielkiej moc trzeba na ćwikle.

Mniejszeć ze dwojga złego obierają zwykle;

Cóż, kiedy mali pychą nadstawiają wzrostu.

Ani tej, ani owej nie raj mi po prostu.”

„Szukajże sobie żony gdzie na kraju świata,

Bo ze mnie – rzekę – pewnie mieć nie będziesz swata.”

Nie zawsze jednak zapewne, jak się państwo domyślają ze świadectw staropolskiej dzietności, tak beznadziejne były oczekiwania pana młodego. Swata wyprawionego witano chętnie. Podobno dziewosłębowanie było ciężką pracą: gospodarz droczy się, czy targuje; zmyśla powody odesłania swata czy podbija cenę? „Przyjechali dziewosłęby, nie otworzy żaden gęby.” A tu trzeba było umieć prowadzić grę rozmowną, która zwykle odbywała się bez udziału i panny, i zainteresowanego żeniaczką kawalera, który „gdzieś w pobliżu” czekał na efekt negocjacji. Ale nie zawsze tak było:

Z łysym (por. hasło - łysy)  wdowcem w komendy jadę do szlachcianki,

Gdzie matka, chwaląc insze swojej córki członki,

Z wielkim upodobaniem i to nam powiada,

Ze ma włosy tak długie, aże je przysiada.

A łysy: „Większa to rzecz, Mościa pani, będzie,

Kto goła głowę mając, włosy swe przysiędzie.”

Ledwie tego dyskursu panienka dosłucha

Werwie się w rzecz: „Inszy błam, a insza opucha

Jeśli Waszmość za włosy chcesz poczytać swoje

To Waszmość jedne tylko, ja przysiadam dwoje.”

Aż mój wdowiec nazajutrz, ledwie wznidzie słońce,

Do koni. „Nic mi – rzecze – po tak mądrej żonce.

Kiedy się na opuszczę męskiej zna, to pono

Zna się dobrze i na tym, co nią opuszono.

Przyjdzie gdzie indziej szukać szczęścia swego bierki;

Gospodyniej mnie trzeba dobrej, nie kuśnierki.”


Kuś-nierka, dajmy pokój, owym dwojakim znaczeniom pointy naszego Potockiego. Odpowiedzi na zaloty różnej dawano; czy owa szara polewka, czy szupienie na Żmudzi, czy kawon znaczy arbuz, który podawano na talerz, albo podrzucano do wozu. Jeśli umiało się czytać znaki – należało zabierać się w trymiga, obiecując sobie łowy w innej sadzawce: tę, odwiedzaną przez dziewosłęba, który otrzymał odpowiedź odmowną, należało zapomnieć.

Bywały jednak tak samo już w wieku XVII nowocześniejsze znaki wzajemnego przywiązania, pierścienie czy inne wyroby jubilerskie, o czy wspomina niezawodny portrecista żywota szlacheckiego Potocki:

Przyjechał do szlachcica młodzieniec w zaloty;

Igrając z panną, w gębę włożył łańcuch złoty,

I gdy jej coś za sekretem chce szepnąć do ucha,

Trefunkiem mu się wemknął łańcuszek do brzucha.

Więc skoro czas odjazdu i rydwan zaprzęgą,

Prosi ociec o klejnot i żeby się wstęgą

Kontentował: „Bo nie mam księżną – rzecze – córki,

Żeby miała łańcuchy dawać we faworki.

Mają uczciwe żarty swe miejsce bez szkody

Złoto brać i u większych panów nie masz mocy.”

Przysięga się młodzieniec, że kwoli tek brydni,

Choć mu pilno odjechać, już ty mieszka trzy dni,

A nie wie, co się dzieje, świadcząc małym golcem,

Że mu go zawsze szukać rozkazał pod stolcem

Tedy kartę spisawszy, daje do uwagi:

Lubo mu go będzie chciał potrącić, w posagi

Przyjmie, lub też strawi, zapłacić go musi,

Odesłać, którymkolwiek końcem go wyksztusi.

Więc zaraz dziewosłęby z takim śle przydatkiem:

Ponieważ nie mógł wyniść ten łańcuszek zadkiem,

Każę się w skok o taki pytać między Żydy.

Na co ociec odpowie: Nie chcę zięcia Midy,

Niech mi w dobrą krew idzie ten kruszec, a jak się

Rzekło, niech stem czerwonych dosyć czyni taksie.

Lecz go wkrótce klisterą wywabiwszy setną,

Pośle na wieńcu pannie, wodą myty letną.

Gdy ani wagą, ani donosił kolorem,

Kłaść na szyję, co w zadku było, dyshonorem,

Co i miejsca w poczciwej nie najdzie szkatule,

Toż w prawo; chcesz dekretu: patrzaj w protokóle.

Wyjeżdżał swat do swego domu, do oczekującego go z niepokojem i wyglądającego jego przyjazdu kandydata zwykle sowicie obdarowany. I właściwie, poza zapewnionym miejscem na weselisku, cały to był jego zysk z tego niewdzięcznego, miłego, politycznego zasługiwania się sąsiedzkiego. Świata zwiedzić, żonkę przyjacielowi staremu naraić, poszlifować zdolności negocjacyjne, najeść się, wdzięczność zyskać. Niemało to, choć zapewne nieprzeliczalne na walutę.

Krzysztof Koehler