Morsztyn (Hieronim Jarosz) i szczygiełek

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Morsztyn (Hieronim Jarosz) i szczygiełek – w klanie poetyckim Morsztynów było przynajmniej trzech wybitnych poetów: oczywiście najbardziej znany Jan Andrzej, mniej znany, ale jednak ceniony poeta metafizyczny Zbigniew – arianin, który po edykcie w 1658 wyjechał jednak z Rzeczpospolitej i osiedlił się w Prusach Książęcych, zaraz za granicą (dzisiaj taki banita wyjechałby pewnie znacznie dalej i resztę swego życia spędził na walce z reżymem, który doprowadził go do wygnania, w przypadku Morsztyna i Rzeczypospolitej było jednak inaczej), no i Hieronim, najstarszy z nich, który umarł zapewne już przed 1640 rokiem (a niektórzy utrzymują, że znacznie wcześniej).

Czytuje się do dzisiaj jego Światową rozkosz, w ogóle trochę na podstawie tego, o czym pisze Hieronim ukuto termin „poezja światowych rozkoszy”, pilnując by ów „nurt” wskazany przez badaczy wesoło sobie po kamyszkach baraszkował. My historycy albowiem literatury uwielbiamy wyznaczać różne nurty, prądy, kierunki i co tam jeszcze, wynika to zapewne z naszej zadziwiającej aczkolwiek jakże ludzkiej skłonności do porządkowania i – tak mniemam – ukrytej pasji do kierowania ruchem na ruchliwym skrzyżowaniu, którą to pasję hodujemy w sobie od dzieciństwa, kiedy pierwszy raz trafiliśmy z przysłowiowej Komborni na skrzyżowanie w mieście powiatowym, gdzie milicjantka Lodzia gwizdała w gwizdek i wymachiwała pałką, a miała na sobie ów zabójczy mundur MO, półspódniczkę (jak mawiała moja babcia) i buty z cholewami. Koniec dygressu.

No i ten Morsztyn miałby być niejakim założycielem poezji światowych rozkoszy, albo i przedstawicielem, eksponentem idei, wybijanej pieczęcią: świetny świat w jego tym cyklu wydanym pierwotnie w 1606 roku. Jest tak samo autorem Antypastów małżeńskich, który już od XVIII wieku wydawane były pod bardziej znanym tytułem Historii uciesznych o zacnej królewnie ze wschodnich krajów Banialuce… z przydatkami, no a przede wszystkim być może wiersza Szlachecka kondycyja, o którym się tu tyle mówiło przy różnych okazjach jako o manifestacji szlacheckiego wiejskiego (por. hasło - szlachta), niezależnego, (por. hasło - dworek) partykularnego, (por. hasło - domak) osobnego, (por. hasło - Działeczka: szpłacheć cnoty?) nieco buńczucznego (por. hasło - poezja ziemianska)  wiejskiego bytowania. (por. hasło - Pod lipą. Południe; zenit)

Mam nadzieję, że już wystarczająco zanudziłem moich szanownych moczarowian, aby przejść do słynnego Summariusza wierszów, zbioru, który zalegał sobie w rękopisach, wydany bywał we fragmentach, przepisywany w różnych konfiguracjach do szlacheckich sylw,  (por. hasło  - rękopisy (nie płoną!) ostatecznie dopiero w XX wieku, czemu się wcale nie dziwię, bo jak można było drukować w dawnych, dobrych, wstrzemięźliwych czasach zbiór wierszy, który tak zaskakująco niepoważnie finalizuje następujący dwuwiersz Do Kasie:

Kasiu, przymknij się do mnie, poszepnęć coś w uszko:

Czuję, że się pod nami załamało łóżko.

A poprzedza ten finalizujący dwuwiersz innych wiersz Do Kasie:

Nagoś mi się dziś przez sen, Kasiu, pokazała,

A czybyś nie na jawi choć raz widzieć dała?

Lecz ci tego podobno wstyd sam nie pozwoli;

Wyjm się z rąk i wstydowi. Możesz? – Bądź po woli.

Zakryj swe oczy czarne, żebyś nie patrzyła,

A mnie, choć naga, ślepa miłość będzie miła.

A poprzedza go jeszcze jeden tego typu wierszyk Do Paniej:

Siła przedtym dla pięknych pań ludzie czynili,

Gdy się dla nich przez morza głębokie pławili.
Siła Parys niewczasu dla Heleny zażył,

Gdy dla niej i ojczyznę, i zdrowie odważył.

Więcej bym ja daleko dziś czynił dla ciebie,

Byś mi chciała na krótki czas użyczyć siebie.

A poprzedza go, między innymi i jeden jeszcze i setki innych, ale jeden szczególnie ważny pod względem antropologicznym tekścik:

Piękna panna w ptaszeczkach bardzo się kochała,

Dla czego dwóch czyżyków w klatce wychowała.

Rzecze jej ktoś: „Mam ja też jednego

Z czerwoną głowką szczygiełka grzecznego.”

Panna rzecze: „Kiedy by z klatką, ja oń proszę.”

Odpowie: „Klatki nie mąm, tak w portkach noszę,

Ale do waszej by się [właśnie] klatki zgodził,

A wiem, żeby wam swoim śpiewaniem wygodził.”

No i może wystarczy, by zrozumieć czemu sporo czasu zajęło wydawcom zmierzenie się z owym poetyckim talentem mistrza Hieronima, który, bywa, niewybrednymi raczył nas opowieściami do na jednej strunie wygrywanej (jakże uprzedmiotowującej osoby płci żeńskiej) melodyjki.

 

Krzysztof Koehler