Sarmacja i niepodległość

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sarmacja i niepodległość – wydawca Kroniki polskiej Galla Anonima i autor wstępu do wydania tego wiekopomnego dzieła, Marian Plezia wspomina o niezawisłości jako cesze Polaków, o której z pochwałą, zapewne retorycznie amplifikowaną, pisze Gall. Pojawia się u Kronikarza termin starodawna wolność polska i ma ona w jego rozumieniu być szczególną cechą polskiego ducha. Tenże autor wstępu pisze potem o rozumowaniu czy też tradycji wysnutej z tego rozumowania, której kolejni przedstawiciele – na przykład inny średniowieczny historyk – Wincenty Kadłubek starali się wykazać historyczną jej zasadność: stąd z czasem Polacy mieli walczyć z Rzymianami czy nie poddać się dyktatowi i sile wojennej Aleksandra Wielkiego. Tak rodziła się owa opowieść o niepodległym duchu Polaków, której obecny etap do odnalezienia jest w mitologii wolnościowej tworzonej przez Jarosława Marka Rymkiewicza. (por. hasło - libertas) Oczywiście, historycy, znawcy przeszłości podniosą, uzasadnione, jak mniemam zastrzeżenie: ależ, powiedzą, jakże to tak! Polacy nigdy nie sprzeciwiali się Rzymianom; na Boga Polacy nie zmagali się, ba, nie dali łupnia Aleksandrowi Macedońskiemu! I w sumie uznają całą tę opowieść, za swego rodzaju konfabulację, i owę starożytną wolność polską schowają do szuflady z napisem „megalomania” a może nazwą ową szufladę jakąś inną nazwą. A może nie będą nic nazywać tylko wykażą, że to nie jest prawda. Problem z tego typu konstatacjami jest taki, że – jeśli faktycznie nawet – wprowadzają aparat poznawczy w rodzaj zasadniczego błędu (nie jest tak, że Polacy nie dali się Rzymianom), to jednak, niejako przy okazji, budują pewien typ rozumowania, może nawet pewien rodzaj mitologii wspólnotowej, głoszącej szczytne hasła o Polakach, jako o miłośnikach wolności i wielkich orędownikach niepodlegania nikomu. Rządzenie się u siebie przez siebie i dla swoich – tak przecież opisane zostały początki polskiego państwa u Kadłubka na przykład. I co ważne, co należy dodać: autorzy wykazujący niezależność, niezawisłość polską (pisało się już o tym kiedyś w moczarach, por. hasła - libertas - 2libertas - 3) nie mijają się z prawdą: podmiotowość trwała od Mieszka i miała formę państwowości niezależnej; tyle tylko, że lubią ubarwiać ją opowieściami, nieco, hm, zmitologizowanymi. W XVI wieku, jak czytam w książce Doroty Pietrzyk-Reeves w polskiej myśli politycznej wciąż pojawiać się będzie motyw niezależności politycznej jako zasadniczej idei wolności republikańskich w Rzeczypospolitej. Rozumowanie, powielane w wielu formułach wypowiedzi, od traktatów po mowy sejmowe (por. hasło - sejm) czy sejmikowe (por. hasło - sejmik), jest albowiem takie: że podmiotowość, niezależność polityczna res publica jest warunkiem tego, by była ona ustrojem, który realizuje system republikański: czyli – w polskim przypadku – rządów mieszanych. Jest oczywiście kilka tych republikańskich warunków powodzenia takiego ustroju. Są to: prawo, cnota, kierowana przez dobrze ułożoną racjonalność, dobre obyczaje, ale, jak pisze D.P-R: Prawa te i obowiązki nie byłyby jednak możliwe w państwie, które nie jest wolne, którego nie sposób określić mianem civitas libera, i to jest ten pierwotny kontekst wolności także w Polsce. Rozumiem to oczywiście, jak na siebie przystało, na swój sposób. Jeśli niezależność polityczna (a możemy ją nazwać niepodległością czyli nie podleganiem obcej władzy, tylko takiej władzy i prawom, na które sami wyraziliśmy zgodę i które sami, kierowani cnotą, zdrowym rozsądkiem, troską o rzecz wspólną, kierując się dobrem nie partykularnym, prywatą, tylko działając pro publico bono, dla dobra wspólnego) realizuje się w civitas libera i była to i koncepcja, i praktyka, która – niejako – kształtowała przez wieki polską tożsamość polityczną, to może stąd, może można tak powiedzieć, brało się odwieczne dążenie Polaków do niepodległości: na poły instynktowne, na poły wyrachowane, różnie pewnie to bywało. Ale Polak, który uniewolenia nauczył się nie
kochać, który uniewolenie wpisał (a jego formami były nie tylko rządy narzucone siłą przez obcych, ale tak samo rządy własnego tyrana, który ustanawia swój urząd, swoją legitymizację ponad prawem) na listę największych zagrożeń, sprzecznych z własną racją stanu, faktycznie może (o czym się już tu u nas pisało, pisywało i pisywać będzie), stać się apostołem niepodległości; kimś w rodzaju bohatera Ksiąg  narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego i owej niepodległości pojmowanej jako nie-podleganie zewnętrznemu przymusowi (nie przymusowi prawa, obyczajów, zdrowego rozsądku, władzy przez siebie wybranej) będzie emisariuszem. Od średniowiecza po 2013 rok. Oby tak było. Bo to chyba jest ważna lekcja polskich dziejów, co mówię dzisiaj oglądając zdjęcia z Warszawy po 11 listopada.

 

Krzysztof Koehler