Wakacje - woda, morze

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wakacje - woda, morze - myśleliście może, że już kończymy z wakacjami?  (por. hasło - Wakacje!!! Ad Italiam ) Nie! Dopiero się zaczyna, bo dal przyzywa, każe zawiesić na kołku zatrudnienia i… zająć się rozrywkami letnimi. Niekoniecznie daleko. Czy Sarmaci jeździli nad morze? Zapytał mnie niedawno mój stary druh, niepokój. Uświadomiłem sobie, że nie wiem. Że chowana za magiczną formułą (której z jakiegoś powodu, no nie będę ukrywał, nie lubię) dominium maris Baltici, nie macie wrażenia, że brzmi to cokolwiek śmiesznie, jak polska kolonia Madagaskar czy jakoś tak?, jakoś rzeczywistość wyjazdu na bałtyckie plaże, by pławić się w zimnej wodzie i wylegiwać na słonku (wątłym i niemniej rzadkim niż foki w wodzie) w grajdołach, za parawanem, że owszem owa rzeczywistość jakoś zza owego dominium nie prześwituje jednak. Nijak. Rzeczywistość kąpielowa, rzeczna, lub jeziorna, i owszem. Widzimy ją w znanym i zapewne już przeze mnie wspominanym nagrobku pławaczowi, Wacława Potockiego, który chwali się (nie Potocki, tylko ów pławacz, bo, kochani, narracja tam jest pierwszoosobowa), że przepływał Dunajec, San i chyba, o ile pomnę, Ropę, a utopił się marnym moczydle konopi, bo go skurcz złapał (przepraszam od razu, że streszczam wysoką poezję na niską prozę). Drugie świadectwo, to tak samo znane osobiste wyznanie Wespazjana Kochowskiego, który opiewa jak się topił w Pilicy rzece (ale to już znacie, a jak nie, zobaczcie do hasła – Upały-pływy-tonięcia) W tamtym haśle pojawił się albowiem problem, aczkolwiek zasugerowany: co zrzucać z siebie musiał Wespazjan Kochowski, kiedy się w nurty Pilicy koło Sulejowa zanurzał. I czy po wszystkim, kiedy się już wydostał na brzeg, opalał swoje blade, wynędzniałe lękiem śmiertelnym, białe ciało swe.


Marynistyczne, wodne zainteresowania, widzimy oczywiście we Flisie, naszego Klonowica, choć to właśnie u niego pojawia się idealne zaprzeczenie owego marzenia królów polskich o owej dominacji morskiej, kiedy poeta każe Polakom odwrócić się plecami od Bałtyku:

Lecz miła Polska na żyznym zagonie

Zasiadła jako u Boga na łonie.

Może nie wiedzieć Polak, co to morze

Gdy pilnie orze.

i u Kochanowskiego, (por. hasło - Kochanowski, Jan) który z kolei, jak wiemy woli raczej obserwację rzeki, a może jedynie towarzystwo jakiegoś cieku wodnego, przy którym chętnie by zastawił stół w jakimś miłym liściastym cieniu. A co powiecie o bohaterze Wieśniaka Andrzeja Zbylitowskiego, który tak ustawia swoją wypowiedź:

Siedząc na wysokim brzegu,

Kędy rzeka w bystrym biegu

Po twardym płynie kamieniu,

Rozmyślałem w chłodnym cieniu…

Lubi też szlachta chodzić do studni, ale nie po to, by zaczerpnąć wody; chłodzi się tam wystałe piwo. (por. hasło - Trunki (part one: piwo nie woda) Jak to więc jest z tą wodą? Jak z hydrografią polską? Wracam do Flisa, bo woda to też rybki, bardziej rybki, niż balneum:

Ryb też dostatek prawie dobrej wody

Rodzą jeziora, stawy, rzeki, brody.

Owa Polakom na niczym nie schodzi,

Wszytko się rodzi.

Chocia bańskich miast nie mamy...

A co powiedzieć o innym kierunku potencjalnych wyjazdów? W góry, w góry miły bracie? Ale o tym następnym razem się napisze.

Krzysztof Koehler