Wakacje, góry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wakacje, góry - Zastanawiam się zatem, wszak to początek wakacji, gorliwie nad tym, co z innym sarmackimi formami wypoczynku. Góry? Owszem, pojawiają się jako Beskiedy w malowanych z iście niederlandzkim rozmachem pejzażach, jak u tegoż naszego dopiero co cytowanego Zbylitowskiego (por. hasło - Wakacje - woda, morze) , ale w innym programowym tekście:

Jeśli zaś swoje oczy wejźrzeniem wesołem

Z nim ucieszyć będę chciał, ujrzym, ano kołem

Stoją Tatry wysokie, i długie Bieściady

I bory gałęziste, i szczepione sady…

Nie jest to, co prawda, spojrzenie turysty, ale dobrze chociaż, że zostały góry dostrzeżone. Ale z tego malowania, nie bardzo domniemywać można czy góry owe, miały za zadanie li tylko cieszyć oko i rozciągać się na horyzoncie jako obramowanie pięknego widzenia, czy też służyły jako przedmiot… zdobywania na przykład. U Kochowskiego, (por. hasło -  Kochowski, Wespazjan) znanego poety ziemi kieleckiej, czy o Potockiego, (por. hasło - Potocki, Wacław (Biecz i okolice) znanego mieszkańca Podgórza, zapewne stanowiły wzniesienia nie tylko okowy widzenia, tak samo może jednak również wzniesienia do pokonania, tyle, że nam żadnych świadectw weekendowych wypraw w góry nie zostawili. Może trochę jednak byli owi nasi przodkowie jak rolnicy, mieszkańcy wsi, którzy do dzisiaj nie do końca rozumieją (a raczej nie podzielają na pewno) fascynacji mieszczuchów wędrówkami po okolicach, przez które całą podstawówkę dzień w dzień podążali do szkoły i starali się nie spóźnić i dotrzeć w miarę sucho czy cało.

Jest też znane świadectwo „górskie” po Janie Kochanowskim. Skoro w jego okolicy może, zapewne (warto w ogóle sprawdzić!) można jakieś odległe góry widzieć (a może nie można, byłem, zapomniałem zobaczyć, nie widziałem bowiem, że będę pisał, co tu przedstawiam), ale już nie szczyt żaden, Jan Kochanek Muz przełożył znane wersy Horacego, gdzie widać górę Sorakt, a wiersze owe brzmią tak:

Vides ut alta stet nive candidum

Soracte nec sustineat onus

Silves laborantes geluque

Flumina constiterint acuto,

Co nasz Tuwim, Julian przekłada tak
Spójrz, jak Soraktu szczyt

Biało się jarzy w śniegu,

Rzeki ściał ostry mróz

I zatrzymał je w biegu,

Las się pod śnieżnym ciężarem ugina

A Mistrz z Czarnolasu dokonał jednak pewnej interpretacji:

Patrzaj, jako śnieg po górach się bieli,

Wiatry z północy wstają,

Jeziora się ścinają,

Żurawie, czując zimę, precz lecieli.

To ciekawa podmiana: Sorakt na góry. Jeśli, co sobie można imaginować, Kochanowski spolszczał Rzymianina, (a od czego te żurawie), to, tak mniemam, że gdyby mieszkał jak Potocki na Podgórzu albo gdzieś w Małopolsce, niedaleko od Beskidów, to przecież mógłby przełożyć wiersz o nadciąganiu zimy patrząc się za okno, nie widząc odlatujących żurawi, tylko Babią Górę, albo Cergową, albo Magurę i mógłby wtedy Horacego, który z okna swojej hacjendy widział Sorakt, przełożyć i tak:

Patrz, jak śnieg po Cergowej się bieli,

Oczywiście na przykład, bo pewnie zrobił by to znacznie lepiej, tu jakoś dziwnie to brzmi. Ale mnie chodzi o owo zastąpienia. Była szansa. Zatem pewnie musiano w kulturze polskiej sporo czekać nim doczekano się na zdobywców górskich szczytów z imienia i nazwiska. Kto pierwszy i kiedy wyrył na kamieniach Babiej Góry „Tu byłem”? Nawet jeśli był to sarmacki wędrowiec myślę, że nie wpadł na to, że to cokolwiek znaczy, że wylazł na wierzchołek. Zdobywcami szczytów (nawet chyba Staszic kiepskim był turystą) zostali romantyczni poeci. Sarmaci, zatem, nie dość, że jak pisano ostatni, odwróceni byli od morza, to i chyba tak samo od gór w sensie celu wędrówek. Co konstatuje z niejakim smutkiem wasz

Krzysztof Koehler