To, co nie umiera

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To, co nie umiera – Powiecie, nie ma takich rzeczy. Po namyśle przyznacie mi rację, a kiedy Wam opowiem moją historię, uznacie, że absolutnie jest coś na rzeczy. Niedzielne popołudnie. Wracamy (jak zawsze na czas, na godzinę, za późno) z Podgórza. Pięknie wiedzie droga doliną znanej Wam już zapewne rzeki Białej. Ale gdzieś już od Dąbrówki Tuchowskiej, na drodze zaczyna panować zagęszczenie, a potem razem z rogatkami Tuchowa zaczyna się korek. Stoimy w niemiłosiernie wolno posuwającym się wężyku samochodów. Upał. Spaliny. Ale jakoś spokojnie się obywa to stanie. Chodnikami kawalkady ludzi. Dzieci z balonami. Rodzice z wózkami. W rynku wóz strażacki, wygląda jakby polewano ludzi wodą, ale nie z powodu demonstracji. Dzieci wskakują w kałuże. Będzie ze trzydzieści powyżej zera. Nie wiem czy znacie Tuchów. Za rynkiem, droga zjeżdża prawie że serpentynami w dół, lekko, to nie jest jakieś górskie szaleństwo, nie! Koledzy i koleżanki z Warszawy spokojnie sobie poradzą. Tylko musicie się tam wybrać. W lewo, potem w prawo. Niemiłosiernie wolno, koło za kołem, zderzak do zderzaka. My zaczynamy rozumieć. Nie wypadek, nie kontrola trzeźwości, odpust!! Przecież jest początek lipca, w Tuchowie odpust w klasztorze, gdzie jest wizerunek Najświętszej Panny Tuchowskiej. (por. hasło -  obrazy cudowne) Zaraz za zakrętem klasztor się odsłania. W środku są bardzo ciekawe polichromie sarmackie, portrety, (por. hasło - portret trumienny) z tego co pamiętam w postaci fresków na ścianach. Klasztor stoi, musowo, na górce. Obok niego seminarium duchowne.


A w dole most na Białej, najpiękniejszej rzece w Europie, nie wierzycie, czytajcie Potockiego. Przejeżdżamy przez most. Na placyku zaraz za nim, tuż nad wodą (nie radzę się kąpać, kiedyś – bywało – wyżej w Białą wciskałem swe ciało (jak się Wam podoba kiepski rytm i rym?), ale dzisiaj już bym tego nie zrobił), zaraz więc za mostem w prawo wesołe miasteczko. Kurz się unosi. Postawili je na jakimś placyku, piasku, niemiłosierne, jak wiatr zawieje, tumany kurzu. Karuzele i co tam jeszcze. Tłumy dzieci, rodzice. Ulicą, poboczem, chodnikiem, płyną ludzie. Co jakiś czas, ubrani w mało gustowne odblaskowe kamizelki porządkowi zapraszają szerokim gestem na parkingi przy domach. Główny bowiem parking, w dole pod kościołem cały prawie zastawiony straganami. Gdyby można było tylko wysiąść! Musimy jechać, ale oczy chłoną chińszczyznę z plastiku zalegającą stoły i stoliki, w powietrzu unosi się grill aroma (kiedyś jadłem tu niesamowite ogórki kiszone, chociaż chyba lepsze są w Bruśniku na odpuście), panuje rozgardiasz niedzielnego popołudnia. Pełnia aktywności, rodzinnej, kawalerskiej, panieńskiej, starczej. Kotłowanina, wymieszanie się ludzi, pragnień, wotów, potrzeb. Założę się, mszę odpustową, jak to bywa zaszczycili sąsiedzi-księża i proboszczowie; notable miejscy, gminni, może i jaki poseł. Siedzieli w pierwszych ławach, potem, jak znam życie, uroczysty obiad odpustowy. Miejscowa śmietanka towarzyska. A wszystko to, co pewnie Was nie zdziwi, bo razem tu się w chowanego w moczarach bawimy (por. hasło - palus sarmatica ) już jakiś czas, dzieje się rokrocznie na początku lipca od 1642 roku, odkąd biskup krakowski uznał cudowność wizerunku Matki Boskiej Tuchowskiej. Rokrocznie twa Wielki Odpust Tuchowski. Zaczyna się 1., kończy 9. lipca. Gromadzi od wieków tych, których zgromadzić powinna cześć i uwielbienie do Najświętszej naszej Mateczki. Powiecie może: No i co z tego? To ja wrócę do pierwszego zdania, że jednak trwa. Co? Niekoniecznie nawet przecież chodzi o naszą wiarę odpustowo-tandeciarską, z którą tak zażarcie walczy się już kilkaset lat, walczy, wyśmiewa, czuje lekkie lub większe zażenowanie. Ale ten korek, te tłumy, ta zabawa, którą tu widzę z okien samochodu, to żywy dowód, że nie kończy się, chwała Bogu. Ciągną pielgrzymki, idą pielgrzymi. Dzieci w ramionach rodziców wrzeszczą o balon, tumany pyłu wiatr wznosi znad wesołego miasteczka nad Białą. Wędrują one prosto do nieba. Ale jakoś spokojnie, jestem pewien że Mateczka widzi to, (por. hasło - Matka Boska Królowa Polski) co się tu dzieje i z góry się uśmiecha. Nawet te korki muszą z pewnej perspektywy wyglądać (bo takie są!) jak pielgrzymi szlak.

Krzysztof Koehler