Francja, kogut, zdrada

 

 

 

 

 

 

 

 

Francja, kogut, zdrada - co myślał sobie Kochanowski, Jan czytając owego francuskiego Desportes'a Adieu a la Pologne? Co mógł czuć, kiedy, w zacnym i sporym gronie podobnych do niego zwolenników Francuza doświadczał jego sromotnej z Polski ucieczki? Zawiedzione nadzieje elekcyjne? (por. hasło - elekcja wolna (fakty) Wstyd za swój wybór, rodzaj dotkniętej, zranionej dumy? Nie dość bowiem, ze francuski pretendent do polskiego tronu umyka z Polski, to jeszcze ucieczkę jego zasłaniają jakieś, jakże typowe, zasłony retoryczne, które z kraju opuszczanego, zdradzanego robią nie ofiarę, ale jakiś pokraczny byt, w którym żaden cywilizowany Europejczyk nie wytrzyma dłużej niż kilka dni, tygodni, w najlepszym razie miesięcy, ale żeby zostać tu i rządzić? Być królem tego rozwydrzonego motłochu? (por. hasło - Bezkrólewie-dyskusja)

Jan Kochanowski, jak podobni doń Polacy, nie pada na kolana przez zdradzającym Polaków Francuzem. Czyta ów paszkwilancki tekst Desportes'a i daje mu zdecydowaną, ostrą odprawę. Nie może być tak albowiem, iż ktoś nie dość, ze zachowuje się niepoważnie, to jeszcze ma do zarzucenia tym, których oszukał, ze sami sobie poprzez to kim są, zasłużyli na swój los. Należy, można, powinno się działanie Kochanowskiego uznać za czyn patriotyczny. Podobnie jak za czyn patriotyczny należy uznać tekst Łukasza Opalińskiego, który bronił Polski przed innym atakującym Nasza Ojczyznę, Zachodnioeuropejczykiem: a tekst ów nazywał się pięknie i mocno Polonia defensa contra Joannem Barclaium. Zarzuty owych, krytykujących to, co dla nas i owszem miłe jest, są zadziwiająco przez wieki podobne, by nie rzec takie same. Kiepskie drogi, błoto, anarchia, nierząd, ogólnie typowa przypadłość Polaków/Sarmatów, typowo wschodnioeuropejskie zacofanie. Podobno Francuzowi zaszkodziła Polska zima, ale też Polska polityka. Za dużo pretendentów do władzy, którą się trzeba było dzielić ze szlacheckim motłochem. Nie to, co w słodkiej Francji. (por. hasło - liberum veto).


Siedzę właśnie w owej słodkiej Francji pod drzewem figowym. Przed sobą mam szerokie pole, słyszę od świtu piejące owe francuskie koguty (tak, te Kochanowskiego koguty!!), i widzę gości na traktorach, albo kobiety i mężczyzn tłukących się po drogach i dróżkach swoimi zdezelowanymi peugeotami. Widzę worki ze śmieciami w rowach, widzę niestrzyżone połacie traw, widzę gości w gaciach tylko, z petami w ustach, stojących nad wykopem. Półgoli, spaleni słońcem, jak u nas na Południu, na Podgórzu, nasi krajowi Indianie, kręcący się wokół swoich obejść. Widzę biedę i bylejakość, które skutecznie dominują pejzaż.

Więc może nie jest tak źle? Pytanie, które ktoś tu nam zadał, a po co jechaliście 2000. kilometrów, by snuć się po lesie, znajduje swą odpowiedź. Po to, by się przekonać, że nie jest u nas, w ojczyźnie naszej źle wcale. I że piękna ona jest, i oferuje ogrom egzotycznych radości. Tylko należy sobie zadać pytanie, ilu z naszych wspaniałych intelektualistów dzisiejszych stanęłaby w obronie ojczyzny dobrego imienia tak, jak czynili to Kochanowski i inni? Ilu broniłoby jej dobrego imienia, a ilu postkolonialnie przylgnęłoby do chóru zachodnich krytyków i w geście chaplinowskim (pamiętacie ten słynny gest Chaplina, który odkopuje nogą brzdąca, który chce, by się nim Monsieur z laseczką zaopiekował?) odkopywałoby tę, proszącą ich o pomoc i wsparcie Polskę, ojczyznę nasza? Zastanawiam się nad tym. Ale odpowiedzi nie znam. Was pytam.

Krzysztof Koehler