Pamięć, gesty, trwanie

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięć, gesty, trwanie - Oto jesteśmy we wnętrzu romańskiej świątyni. Ale nie jest wcale tak, jak na widokówkach: wszystko jak zapomniane tu jest. Zniszczone ściany, nierówna posadzka, wokół ciemny, wilgotny chłód. Kroki nasze wiodą do dolnej części świątyni. Pod ołtarzem na górze bardzo stary parter. Jak piwniczne okna. Wąskie, wpuszczające niewiele światła. Kolumny podtrzymujące strop: stare, wyryte ciężka praca wieków i ludzi bazaltowe głazy. Nieforemne, czarne. To one stanowią bazę. Na nich dopiero z jaśniejszego kamienia rzeźbione elementy. We wnętrzu świątyni, razem z nami grupka młodzieży. Kolorowo ubrane dziewczyny. Przepychające się, śmiejące się głośno. Przyglądają się ludzkiemu szkieletowi, który pod szkłem, w posadzce świątyni sobie leży. Ale bo też wygląda na to jakby owe młode osoby kompletnie nie wiedziały, gdzie się znajdują. Jakby zupełnie nie miały pojęcia jak należy się zachować w takim miejscu. Swobodne, rozgadane, u nas się mówi: weszły jak do stodoły. Bez żadnej refleksji, gestu. Nic, po prostu przeszły próg świątyni, jak wchodzi się do innych pomieszczeń na turystycznym szlaku. A przecież to ich zachowanie wskazuje tak samo i na to, jak wielka jest różnica pomiędzy tymi, którzy tę świątynię wznieśli, i też tymi, którzy przez wieki przychodzili tu się modlić, a owymi dziewczętami dzisiejszej Francji. I co więcej, widać, iż między tymi dzisiejszymi dziewczętami, wychowanymi w zupełnie odmiennej tradycji kulturowej, a ich przodkami (świątynię wzniesiono w czasach Chlodwiga!), nie ma wielkiego, ba, może żadnego już nie ma, związku. Rozpadł się. Rozleciał. Można albowiem mieć wiele starych świątyń, sięgających czasów początków Europy, ale w ich wnętrzu nie mieć już żadnych modłów, mszy. Można mieć wspaniałe, misterne, historyczne świątynie, ale przemienione w martwe, kamienie, cegły, kościotrupy, które można oglądać przez szybkę.

Owszem, chwali się, zapewne i tu Pana, ale kościół wypełnia grupka rozgadanych staruszek. Dojeżdżający ksiądz; jedna z kobiet przystępuje do Komunii ze swoim pieskiem na ręku. Kiedy tylko msza się skończy, wszyscy uciekają szybko, jakby chcieli jak najszybciej zapomnieć, wyjść na gorące południowe powietrze. Ksiądz prowadzi ten exodus w drodze do następnego kościoła.

Jak to jest, że u nas wciąż jest inaczej? Fakt, nie było rewolucji (poza „rewolucją” robotniczo-chłopską), ale czasy się zmieniają. Ale jednak wciąż kroczy przez wieki dawna religijność. Wciąż żyje wiara, jak się niedawno temu pisało (por. hasła - Kalwaria Zebrzydowska, Lanckorona, drogi polskieBoże Ciało na ulicy, w tłumieKapliczkiMatka Boska Królowa Polski i wiele innych): rodzice, dzieci, dziadkowie istnieje wciąż jakieś jednak rozumienie owej ciągłości. (por. hasło - oni-my) Tak samo chodzi mi o gesty. Trwają one w polskiej kulturze religijnej przez kolejne stulecia. Są być może bezrefleksyjne, ale zachowują, konserwują ludzką religijność. W nabożnym wszak kreśleniu znaku krzyża po wejściu do kościoła mieszka historia. To znak, gest, który czyniąc, każdy z nas wkracza w łańcuch pokoleń. Pojedźcie, gdziekolwiek was oczy poniosą, są w końcu wakacje, wejdźcie do wiejskiej, w zapadłej jakiejś dziurze świątyni. Ona żyje, wciąż, niezmiennie. Staruszki modlą się na różańcu, ludzie przyklękają, czuć zapach Domowników, i chociaż nie tak stare jak owe francuskie są te Domy Boże, to jednak są to domy prawdziwe, nie muzea czy sale wystawowe. Nie umiem tego inaczej wytłumaczyć, jak tylko siłą sarmackiego ducha. Ta energia, która trwała, nękana i naciskana, ale przetrwała jednak. Może przesadzam, może jakoś za wdzięczny maluję obrazek. Ale odpychające zimno francuskich opuszczonych prowincjonalnych świątyń mocno przemawia za powrotem do kraju. Faktem jest, że nawet jak nie mamy świątyń z IX wieku, bo mamy świątynie znacznie późniejsze i do tego mocno złupione przez historię, to jednak jakoś się trzymamy. I niech tak trwa. Wszyscy ci, którym nam na tym zależy, by trwało dalej, winniśmy się o to troszczyć.

Krzysztof Koehler