My sam na wsi w posiadłościach ojcowskich

 

 

 

 

 

 

 

 

My sam na wsi w posiadłościach ojcowskich – to trochę, przepraszam, konfabulacja. Żadne to ojcowskie dobra, primo, po drugie może bardziej jakiś deminutivus od dóbr (doberka?, dobrzątka?), tyle że widok szeroki na wokół rozciągającą się okolicę. Przed nami emocje wielkie nadchodzącego wesela miejscowego, więc nie dziwcie się, szanowni moczarowcy, że pamięć podpowiada pewne weselne kuplety i przyśpiewki postsarmackie,  (por. hasła - Żeńcie się i za mąż wychodźcie (o szlacheckich weselach, part two)Śluby i wesela (pana Paskowa opowieść) i ich przeglądem chciałbym was dzisiaj zatrudnić, albowiem przed domem sąsiadów (por. hasło - Sąsiedzkość) wybudowano już drewniany podest. Niewielki podest, nad nim, jak łuk nowego przymierza, zawisł z balonów białych (nie tęczowych) półokrąg. Domyślam się, co tam będzie się odbywało: pewnikiem pożegnanie córki z rodzicami i jakieś może inne jeszcze wydarzenia, o których skwapliwie, jak się tylko skończą Wam doniosę (jak będę w stanie), póki co donoszę za sarmackimi poetami:

Jako wiecie, biesiada niemała tam była.

Gości wiele, sąsiedzi wszyscy z okolicy

I postronnych niemało; któż wszystkich wyliczy?

Picia, jedzenia wielki dostatek dawano,

W muzyki rozmaite na przemiany grano:

To w fletnie, to w piszczałki, to w gęśle podgorskie;

Były regały, były i skrzypice włoskie.

Potym pito za zdrowie małżeństwa przyszłego,

Każdy pełnił, a jeden doglądał drugiego,

Mieniąc Cyprydę, mieniąc jej pięknego syna:

Cyprydę i miłości dawcę - Kupidyna.

Raczej panuje atmosfera pośpiechu, emocji i – jak to zwykle bywa – czuje się w powietrzu wielkie uniesienie. Niektórzy już pewnie trochę się duchowo do zabawy rychtują, inni – przedziwnie z ptakami rozmawiają:

Sroczka krzekce na płocie, będą goście nowi.

Sroczka czasem omyli, czasem prawdę powi.

Gdzie gościom w domu rado, sroczce zawsze wierzą

I nie każą się kwapić kucharzom z wieczerzą.

Sroczko, umiesz ty mówić, powiedz, gdzieś latała,

Z któryjeś strony goście jadące widziała?

Sroczka krzekce na płocie; pannie się raduje

Serduszko, bo miłego przyjaciela czuje.

Jedzie z swoją drużyną panie urodziwy,

Panie z dalekiej strony; pod nim koń chodziwy,

Koń łysy, białonogi, rząd na nim ze złota.

Panno, gotuj się witać! Już wjeżdża we wrota,

Już z koni pozsiadali; wszystko się podworze

Rośmiało jako niebo od wesołej zorze.

Witamy cię, panicze, dawno pożądany!

Czeka cię upominek tobie obiecany,

Obiecany od Boga i od domu tego.

Po obietnicę trzeba wsiadać na rączego,

A ty się gdzieś zabawiasz! Już nam nie zstawało

Oczu wyglądając cię. Winieneś niemało

Sam sobie, a pogonić trudno i godziny.

Co byś rzekł, gdyby to był otrzymał kto iny?

Ten tu „panicz” pewnie konikiem nie zajedzie, znamy się na tym, może konikiem benzynowym, może na ropę, nie wiemy, a tak samo, szczerze mówiąc, tu się go raczej wcale nie wygląda, bo jak kołek w płocie, ostatnimi czasy przemieszkiwał w tymże miejscu, ale co tam, niech żyje tradycja, (por. hasło - oni-my) dajmy mu zachować się jak dziadowie nasi, (por. hasło - ojcowie) waleczni Sarmaci czynili:

I ty myśli uspokój, mój panicze drogi,

Nie darmo cię tu przyniósł twój koń białonogi.

Pryskał we wrota wchodząc; znać, żeśmy-ć tu radzi,

Radziśmy wszyscy tobie i twojej czeladzi.

Już i matka, i panna witać cię wychodzi.

Poprzedź ich ręką, tobie poprzedzić się godzi.

I czołem nisko uderz, jest dla czego czołem

Uderzyć, a nie chciej sieść za gościnnym stołem,

Aż otrzymasz, co pragniesz; wszystko z czasem płynie,

Co ma być jutro, niechaj będzie w tej godzinie.

I ty, matko, nie zwłaczaj, czyń, coś umyśliła.

Żadna rzecz się nie kończy, gdzie rozmysłów siła.

Panno, czas już rozpuścić warkocze rozwite,

Czas oblec szaty takiej sprawie przyzwoite!

Storzcie pannę do ślubu, sąsiady życzliwe,

Ślub święty jest i wasze prace świętobliwe.

Wszak też wam tę posługę przedtym oddawano,

Toż i za matek waszych w obyczaju miano.

Panny młodej, jak sami rozumiecie, jeszcze nie widziałem, bo zapewne stroją ją jak tu napisano wiedzące co robią wymienione wyżej osoby. Kapłana nie widziałem, pewnie tu nie zobaczę, ale cóż, czasy się zmieniają. Do kapłana trzeba się kawalkadą udać.

Kapłanie, gotuj stułę. Zbladłeś nam, panicze.

Ba, i pannie łza za łzą płynie przez oblicze.

Przelękłoś się, panicze, bojaźń to od Boga;

Szczęście tam bywa, kędy bywa taka trwoga.

Nie płacz, panno, bo rzeką, że płaczesz z radości,

Pomyśli ktoś i gorzej, bo siła zazdrości.

Nie pierwsza ty od matki wychodzisz z opieki.

Aboś chciała na łonie jej mieszkać na wieki?

I ona przy matce swej nie wiecznie mieszkała,

I tyś się nie dlatego tak tu wychowała.

No te właśnie pożegnania, łzy itepe, pewnie dziać się będą u sąsiadów w sadzie. Ale jedźmy dalej:


Jużeście w stadle świętym, wszyscy wam dajemy

Na szczęście i miłego życia winszujemy:

Bodajeście długi wiek z sobą pomięszkali,

Bodajeście wszelakich pociech doczekali!

Potrawy postawiono. Do stołu siadajcie,

W pośrodku mieśce pannie z panem młodym dajcie.

Im-ci z sobą być: tak więc dwa szczepy zielone

Stoją w nadobnym sadu pospołu sadzone.

Panna nie wzniesie oka, serduszko w niej taje,

A pan młody długiemu obiadowi łaje.

Niech kucharze potrawy dziwne wymyślają,

Niechaj win rozmaitych hojno nalewają,

Kołacze grunt wszystkiemu, a może rzec śmiele:

Bez kołaczy jakoby nie było wesele.

Laską w próg uderzono; już kołacze dają,

A przed kołaczmi panie nadobne śpiewają

I taniec prędki wiodą, i kleszczą rękami.

Zabawmy oczy tańcem, a uszy pieśniami.

Ta, co białym trzewiczkiem błysnęła na nodze,

Jakoby rzekła, że się ja też na coś godzę.

Pięknych pieśni o kołaczach wam oszczędzę. Musimy się tu zatrzymać, boć trochę już też nam się pospieszyło z naszą opowieścią. To wszystko już nie będzie się pewnie dziać bowiem w posiadłościach ojcowskich, które, jak się rzekło, ojcowskimi nie są, ale pewnie ojcowskimi są dla tych, co są przedmiotem tego to tu skromnego opisu.

Za to, że wyprzedziłem wydarzenia, nisko się Wam kłaniając, przeprasza Was, Wasz uczynny donosiciel Koehler