Pobojowisko

 

 

 

 

 

 

 

 

Pobojowisko - a na samym weselu? (por. hasła  - My sam na wsi w posiadłościach ojcowskichŻeńcie się i za mąż wychodźcie (o szlacheckich weselach, part two) A to już było jak za dawnych sarmackich czasów. Nasi (no nie wszyscy, obdarzeni największą fantazją, niektórzy z nas) walczyli, dzielnie stawali w zawodach, z przedstawicielami obcych nacji, pamiętając zalecenia ojca Paska, (por. hasło  - Pasek) pamiętając wspomnienia księdza Kitowicza nie ustępowali, wiedli bój i chociaż z wielkimi stratami, myślę, że jak przystało na Rodaków, chyba jako wspólnota wyszliśmy zwycięsko z tej potyczki. Na placu boju został Francuz (1) kilkoro Hiszpanionów. To chyba wszystko, bo przeciwnik pozostały widząc nieugiętą postawę naszych, wziął się i schował za kobiecie spódniczki.

Zatem wygraliśmy. Starałem się wszystko z dziennikarskiego obowiązku spamiętać, ale wciąż moją, oj, dosyć zatrudnioną głowę, rozrywały przeróżne strzępy i wspomnienia z różnych poetów i pisarzy naszych zebrane. (por hasło - Trunki (part three: wódki, nalewki)


Prosił Niemiec Polaka do swojej gospody,

Wiedząc, że dobrze pije, sam się z sobą wprzódy

Chce spróbować i nim czas nastąpi obiadu,

Wypiwszy garniec wina, spił się do upadu.

Pyta gość: „Gdzież gospodarz?” „Już garło dał winu.”

„Zjedzże diabła – odpowie – Niemcze skurwysynu,

Bo muszę na pieczonym dzisiaj przestać zrazie,

Com sobie kuropatwę kładł jeść i potazie.”

Zaiste, dzisiaj głosimy chwałę Polaka, co nie Niemca (nie było Niemca!), ale przedstawicieli innych narodów na placu boju zostawił a wokół? wołano, krzyczano, doliwano i co tylko było sposobów, wszystkimi przymuszano do spełniania-a jeszcze duszkiem. U niektórych panów lokaje, hajducy, węgrzynkowie, chłopcy mieli rozkaz raz na zawsze podczas uczty pilnować, kto nie wypił, aby mu dolano; na ten koniec służebni domowi jedni się porozsadzali z flaszami dokoła stołu, drudzy z tymiż pod stół powłazili. Jeżeli nie wypijający kielicha swego, broniąc się od dolewki sąsiada, wyniósł go w górę albo za siebie uchylił, pachołek na to czatujący sprawnie mu go dolał; jeżeli skrył go pod stół, toż samo zrobił mu siedzący pod stołem służka. I tak ów niedołężny pijak, który nie mógł duszkiem wygarnąć kielicha, kręcił się jak wąż tam i sam, w górę i na dół z kielichem, a wszędzie mu go dolewano, aż póki do dna trunku przybywającego nie wymęczył albo póki nie postrzeżono, że się ma do odwrotu tego, co wypił, albo póki się ta komedia, najbardziej biesiadujących bawiąca, do innego nie przeniosła, kiedy się kielichy dwa i trzy rączego za sobą goniły.


Czy był z nami przy stole Imć Pan Borejko? Nie wiem, nie na wszystko miałem baczenie co się działo, ale co nieco, z Kitowiczem w pamięci jestem w stanie wam przekazać:

Pijąc tedy na przemianę raz owę mięszaninę wina z gorzałką, drugi raz piwo, prędko się i niewielkim kosztem popili. Popiwszy się, wywracali się i tam zaraz, gdzie który padł, spali: przy stole, pod stołem, pod płotem, na środku ulicy, w rynsztoku, w błocie, gdzie kogo nogi taczające się zaniosły i powaliły.Po smacznym śnie, choć nie w puchowej pościeli, ujrzał się jaki taki bez czapki, bez pasa, bez szabli, a czasem do koszuli obrany od jakiego łotra albo i kolegi trzeźwiejszego. Nie od rzeczy będzie oczyma Kitowicza zobaczyć jeszcze jedną scenkę (byłem, widziałem, zaświadczam poniżej własnoręcznym podpisem): Trafiało się i to, że komu trunku aż po dziurki (jak mówią) pełnemu nagle gardło puściło i postrzelił jak z sikawki naprzeciw siebie znajdującą się osobę, czasem damę po twarzy i gorsie oblał tym pachnącym spirytusem, co bynajmniej nie psuło dobrej kompanii. Niezdrowy z resztką ekshalacji uciekł co prędzej za drzwi albo gdzie w kąt, dama także, ustąpiwszy na bok, jako tako się naprędce ochędożyła, a resztę w śmiech obrócono i wszystko znowu do pierwszego ładu powróciło. Ten jednak, któremu się taki przypadek zdarzył, już nie miał miru w kompanii; za czym albo do niej nie powracał, albo jeżeli powrócił, to się bawił z osobna, nie zasiadając miejsca straconego. Lecz bywali tacy opoje, którzy czując w sobie zbytek trunku, a nie chcąc go odstąpić, kiedy po skończonym stole trwała jeszcze dobra ochota, wychodzili za dom i tam sprawiwszy sobie dobrowolnie wymiot, powracali do kompanii i znowu na nowo pili. A najgorszy, to już ode mnie, nie od Kitowicza, Potockiego czy innych, był powrót. Ewidentnie na tarczy, jak wojsko napoleońskie spod Moskwy. Wszystko w nieładzie, garderoba, fryzura, w ciemnościach, przed świtaniem tuż, w wietrze, ulewie rzęsistej, niedobitki, wykończone, wędrowaliśmy od weselnego busiku pod górkę w stronę sąsiedzkich naszych zabudowań, ledwie na nogach się trzymając. W krytycznym momencie, kompan, waleczny, zbliża się do mnie, łapie mnie za łokieć i mówi: „Tak się, kochany, przechodzi do historii. To musi boleć.” Bolało. Ale zwycięstwo należało do nas.

Wasz Krzysztof Koehler