Jadą goście, jadą

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jadą goście, jadą - Nie wiem czy pamiętacie jeszcze szanowni moje opowieści o hospitalitatis szlacheckiej, (por. hasła - izba jadalnadworek,Sąsiedzkość)  wspaniałej, chętnej, ciekawej świata, ploteczek wieści. Skwapliwie zasiadającej za stołem, wina dolewającej, (por. hasło - Trunki (part two: in vino veritas) koła od pojazdu odkręcającej, kierującej się zasadą postaw się a zastaw się, trzymającej gościa siłą i domagającej się towarzystwa. Wszystko to zapewne i prawda, ale to jedna tylko medalu strona. Pojawia się bowiem i powiedzenie „mijaj murowany komin”. Ktoś by się mógł długo zastanawiać o co chodziło z tym powiedzeniem, no i tu w sukurs mu przyjdzie niezmordowany Wacław Potocki, którego mini-antologię „kominową” przedstawię poniżej i zamiast sadzić się na szumne wyjaśnienia o co z tym kominem chodziło, po prostu do mistrza z Łużnej się odwołam. Oto opowieść Murowany komin:

Już na moim zegarku minęła dwunasta,

Piasek wielki, a jeszcze dwie mili do miasta;

Aż wieś, ale w niej karczmy nie masz, nawet wody:

Ani tu koniom, ani mnie będzie wygody.

Kto tu mieszka? Pan cześnik. „Dobre omen – rzekę –

Biegaj, chłopcze, z służbami, i sam nie odwlekę

Kłaniać się, jegomości.” Znowu mi żal srodze;

Nuż mię puścić w tak pilnej nie będzie chciał drodze,

Ile nieznajomego dotąd sobie człeka?

Tymczasem chłopiec wróci i powie, że czeka.

Tymczasem się też słudzy od chłopa dowiedzą,

Że i owsa dostanie, konie obrok zjedzą,

Że i piwa od Żyda, wody z dworskiej studnie

Przyniosą; możemy tu odprawić południe.

Jest wino, w karawanie kapłon i pieczenia.

„Niech się – rzekę – zakrzątnie kucharz do jedzenia.

Miejcie się wy tu dobrze, a ja w słowie stawię;

Na koniu tam dojadę, długo nie zabawię.”

Zsiędę zatem do ganku i wchodzę do sieni,

Aż ten pan cześnik ze drzwi: cera mu się zmieni,

Wita mię nie witając, prosi, jak przez zęby;

W izbie psów pełno, smrodu tyleż, siekierę by

Mógł zawiesić; atoli nim na ławie siedę,

Pomieszany na krótkie quanquam się zdobędę:

„Nie zdało się starego opuszczać zwyczaju,

Bywszy w tym, tak zacnego człeka mijać, kraju,

I com słyszał, widzieć; choć mię i daleka,

I pilna droga w sprawach trybunalskich czeka.

Za wielką cześć poczytam swojej to fortuny;

Lecz żebym nie był liczon między importuy,

Nie zabawię.” Gospodarz na mą oracyją:

„Proszę siedzieć.” Nic więcej. Aż ci cię zabiją!

Pomyśliwszy, usiądę. Na wąpiu mi ckliwo;

Aż chłpiec w guńce stawia na stół z kuflem piwo.

Powiadam mu, jakie wiem nowiny, ów słucha;

Aż mu na rękę siadła niecnotliwa mucha.

Plaśnie ją ręką, że na ziemię spadnie:

„Awoż gość nieproszony!” Zedrwiałem szkaradnie.

Patrz, diable: gdy się i mnie toż co i musze, stanie?

Porwę się: „Bądźże Waszeć łaskaw, Mości Panie”,

A ten, podniósłszy zadku: „Czemuż Waszmość kwapisz?”

Wsiadając na koń, rzekę: i to sobie napisz:

Mijaj w drodze z wizytą murowany komin.

Więc pełen do swojego kapłona ozkomin,

Do chałupy z żołądkiem przyjachawszy próżnem,

Chociaż słudzy żartują: „Dawaj go i z rożnem.”

Postrzegł cześnik, że podrwił, ale już po czasie

Dwie kurze chude sługa z flaszą wina niesie

(Nie ujżrałby w nim żaby; „z pełnej – rzecze – beczki”),

Wiązkę siana dla koni i wór gołej sieczki.

„Wino mętne mi szkodzi, bom na kamień chory,

Kury nierychło warzyć, i te z sieczką wory,

Podziękowawszy, odnieść; siano do stodoły

Schować; już moje konie zjadły obrok goły.”

Ale nie byłby Potocki sobą, gdyby nie przedstawił i drugiej strony gościnności, owoż postrzeganie gościa z perspektywy niejakiej owego gospodarza „cześnika” we fraszce o znamiennym tytule Bodaj zawsze gościem być, nie gospodarzem z podtytułem nieco złośliwym zapewne (kondycja gospodarska):

Ledwie co, chcąc dochodu liczbę i szafunku

Z swym uczynić pisarzem, siędę do rachunku,

Aż mi, że gość przyjechał, powiedają chłopcy.

Pytam się, kto. Nie wiedzą, tylko, że człek obcy.

Poskrobawszy się w głowę, porzucę papiery,

Idę przeciwko, choć znać niecnotę z cery,

Toż do izby, toż za stół, dadzą potem wódki;

Odjedzie, myślę, czas tu zabawiwszy krótki.

Aż mój gość, odprawiwszy służby i ofiary,

Przeżegnawszy, nachyli z akwawitą czary;

Skrzywił gębę szkaradnie, nos palcami ścisnął.

Rozumiałem prawdziwie, że się nią zachłysnął.

Słucham, co dalej powie, aż wypiwszy drugą:

„Dosyć to – rzecze – wielka woda idzie strugą.

Złą droga i na deszcze znowu chmury rosną.”

„Tak bywa, gdy graniczy – rzekę – zima z wiosną.”

Siedzę, mówić nie wiem co, pytam o awizy;

Nic nie wie, aż mi chłopiec: „Już ci jego fryzy,

Chude, stare, jako dwa wymorzone raki,

Wyprzągszy, wiódł woźnica, gdzie stoją rumaki;

Jeszcze jeden nosaty, a drugi ma parchy.”

„Biegaj, niech gdzie do chlewa wyprowadzą marchy!”

Posyłam, bo dziesiąta była na zegarze,

Niechaj obiad czym prędzej wydają kucharze.

Dano jeść; najadszy się, napiwszy za stołem,

Już mu szkapy obrokiem nakarmiono gołem,

Czeka, rychło się porwie, uskarżam się przed niem

Swych trudności, aż on mnie, co było pod Wiedniem

Przed trzema laty, pocznie, chwaląc się, powiadać;

A woźnica, gdzie każe, pyta, rzeczy składać.

Tam do kata, pomyślę, ale gdy inaczej

Być nie mogło, rozkażę słudze, że naznaczy;

Ledwo mogę na owych praszczętach dosiadać,

Przestanie ów, ja muszę, choć nie masz co gadać,

Ucieszyć, zabawiać go, żeby mi nie tęsknił,

Choć taki importun do śmierci się nie śnił,

Jako czyni piastunka z dziecięciem do płaczu;

Bawi go, śpiewa, różne ukazuje czaczu

Bo na to służy; a mnie co za myto czeka?

Drugi oszczawszy węgieł, jeszcze dom oszczeka.

Tak on dzień przemęczywszy, skoro po wieczerzy,

Gdy gość nie chce, porwę się pierwszy do pacierzy,

Oraz, przy dobrej nocy, bardzo proszę, żeby

Nie miał za złe, że mając konieczne potrzeby,

Jadę z domu, i każę czeladzi do koni,

Żebym nie czekał. A ów więc bez ceremonii

O rozmaite rzeczy do wozu mnie prosi;

Na koniec, żebym kazał smarować mu osi.

Chętnie wszystko obiecam, żeby jutro rano,

Dla czego też i słońca nie czekał, wydano.

Mizerna dyskrecyja, mało z gościem upić,

Że mu się jeszcze musi gospodarz wykupić.


No o co panie opowiadaczu? Hospitalitas szlachecka, Panie Haur, panie bajarzu staropolski, zawsze kwitła? Otworzyste drzwi miała, zawsze mile witająca podróżnych owa dawna staropolska gościnność była? I za jaką cenę?!!

Krzysztof Koehler