Gry i hazadry

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gry i hazadry - Nie zamierzali wracać. (por. hasło -My sam na wsi (uwagi sąsiedzko-bibliograficzne) Musiałem do nich się udać. W dworku nikogo nie było. Chłopcy skierowali mnie do ogrody (por. hasło - ogrody), gdzie przy ciekącym strumieniu stał stolik, wokół niego ławy. Znałem to miejsce z lektur. Locus amoenus? Tak, locus amoenus. Pamiętacie, czemu taki, czemu tam? Zrozumiałem z lektury pism sarmackich, że właśnie tam mieścił się warsztat pracy szlacheckiego stoika. To tu, po zajęciach państwowych można było zasiąść za stołem i wczytując się w łacińską frazę Cycerona albo Seneki dochodzić do szczytu. Akme. To miejsce, pamiętacie?,  (por. hasło - otium) miało być ciche, w naturalnym cieniu zieleni i przy ciekącym strumyku. Jak koło oczka wodnego, tam, gdzie hodujecie na złość sąsiadom komary. Ale tym razem w miejscu przyjemnym męskie, podniesione głosy. Jeden, chrapliwy i głośny słychać już z dala:

Wej pogańskiego syna, jak poszalbierzował

Kostkę, jak ją podłubał, jak w nię naspiżował

Srebra żywego. Wejże jak po jakim ledzie

Po smarowanym stole, przetomci mu jedzie

Kostka, jak ją złoży.

Na to drugi, mniej chrapliwy, ale pewnie głośniejszy jeszcze:

To łżesz! Chyba by to

Sam umiesz szalbierzować, bodaj się zabito!

Tamten:

Zdechniesz, pogański synu…

Na to wszedłem. Już się do szabli brali, ale ich gospodarz uspokoił, zajęli się też mną, tym bardziej, że miałem karciochy ze sobą. Powiadam:

Zostawcie, moi złoci, kosteczki. To dla szkolnej dziatwy

Zajmijcie się ze mną … faraonem, to ci tryumf niełatwy

Nie dać się. Wioskę stawić, albo kasztelański stołek

Wygrać…

Patrząc jeszcze na mnie, kłócić się przestali.

W faraona, powiadasz? Czemu nie.

Siadamy, gramy a mnie przychodzą na pamięć słowa Jana Bystronia: Stał się on [znaczy faraon] niedługo nieszczęściem publicznym, skro usunął na dalszy plan wszystkie inne zainteresowania, obniżył poziom zabawy towarzyskiej i przyczynił się do ruiny wielu majątków czy też nagłego wyniesienia szczęśliwych w grze lub po prostu szulerów.

Trochę tu mieszam czasy, dlatego że na faraona moda zaczęła się jakby dopiero od Sasów (za króla Sasa…), ale musiała sporo nerwów kosztować, skoro jeszcze Naruszewicz, Adam, przerażony rozmiarami zniszczeń (i nawiązując do Jejmość Drużbackiej) opisuje arcy-karciarza, Lucypera, grającego w piekle w tę nieziemsko wciągającą grę:

Pamfil major-domo,

Za nim po amazońsku, wysmukłe jak lalki,

Piątki, szóstki, dziewiątki, ósemki i kralki;

Toż tryszaki, kwindecze, karczmy, pancerole

I lombry, i trysety wala w raźnym kole;

Niźniki za lokajów, sążeniste asy

Z długimi za karetą stoją szabeltasy.

Kinal siedzi na koźle, a od złota rzędne

Ciągną zwycięski rydwan dwa tuzy żołędne.


Niewiele z tego pojmuję, na kartach się nie znam. Widzę, że jednak moi gracze wciągają się emocjonalnie i mocno chcą mi wtłuc, więc pytam, czy może nie wolą mariasza? Może machniemy w pikietę, może w chapankę, może w kupca, to w końcu gry bardziej wymagające sprytu i inteligencji, a nie ten piekielny hazard. Jakbym mówił w innym, nieznanym mi języku, nazwy wypowiadam, zupełnie mi obce, ale oni – wygląda na to! – wiedzą o czym mówię, bo wołają: nie, dokładaj, dokładaj. Szulernia jakaś. Wreszcie żona (por. hasło - żona) gospodarza (a, do licha, karta mu wcale szła) zjawiła się na podorędziu. Może panowie do dom wrócą, zaraz będą Polacy z Rosją w siatkę ciupać. Zerwali się jak oparzeni. Sam zostałem w owym locus amoenus szlacheckim, miejscu, gdzie duch miał rosnąć zagłębiający się w pisma moralne, dzieła historyczne i mowę wiązaną. Ładne kwiatki, pomyślałem sobie, czego innego mnie w szkole uczyli. Sam jednak za nimi ruszyłem się. Wrzesień, słońce, ale w cieniu ziąb gryzie jak młody pies. Dobrze w domu schować się.

Krzysztof Koehler