Jadą, jadą, dojechać nie mogą

 

 

 

 

 

 

 

 

Jadą, jadą, dojechać nie mogą – nie wiem dlaczego, ale strasznie jakoś irytują mnie wiorsty. Spędziłem trochę czasu nad tym problemem psychologicznej natury i uświadomiłem sobie, że to pewnie dlatego, że podobnie jak pudy, wiorsty jakoś mi się kojarzą z zaborami, z Rosją, powieściami pozytywistycznymi i, na pewno niezasłużenie, z tą degrengoladą jaką nam tak ochoczo fundował zaborca. Zatem odrzućmy te okropne jakieś określenia, które kojarzą się z rusyfikacją, i zastanówmy się nad tym jak mierzyli odległości nasi ojcowie. Podobnie, jak w przypadku waluty, (por. hasło Mierzą, liczą, płacą (przepłacają?!) - człowiekowi, kiedy się temu przygląda w głowie się momentalnie kręci. Albowiem kiedy czytamy u Haura: staje ma w sobie kroków 120 t.j. stóp 625, to wszystko wydaje się oczywiste. Na samym dole są stopy, potem, kroki, następnie staje. Ale jeśli idzie o miary, to zdaje się, że szlachta nie mogła się zgodzić ile czego, na co przypada. Oto wypiski udowadniające mą tezę, wypiski, zaczerpnięte ze źródeł via Zygmunt Gloger: Czacki mówi: „Staje powinno mieć 220 kroków”. /…/ Podług Jakubowskiego „łan polski dzieli się na trzy pola, w każdem polu wzdłuż jest staj 4, każde staje wzdłuż ma 150 stóp. Ostrowski w „Prawie cywilnem” mówi: „Staje geometryczne ma kroków geometrycznych 125 albo łokci 416 i calów 16; staje statutowe ma łokci 84. Widać zatem, że nie potrafili się nasi rodacy zgodzić na to ile kroków (i jakich) jest w jednym staju (czy dobrze odmieniam). Podobnie było w odległości większej od staju: mili. Wargocki na przykład podaje, że istnieją dwie mile: jedna mila równa (równa stajów 32) i mila wielka równa stajom 40. Ale mile przeliczano nie tylko na staje. Tak samo na łokcie, sążnie, piędzi, stopy. Ba, sama mila była też średnia, była mila podolska, ruska, a nawet mila chłopska, która oznaczała (jak twierdzi Bystroń) jakiś spory kawałek przestrzeni.

Co to sążeń? Sążeń jest kiedy człowiek obie ręce, jak może najlepiej wyciągnie. (Haur)

Łokieć – to miara między łokciem a dłonią (ale którą jej częścią, nie wiem). Stopa – to stopa, którą podobno wymiennie mierzono na łokcie (równana dla niektórych, ale nie dla wszystkich znowuż połowie łokcia). Piędź – kiedy ręki palec wielki i mały rozciągamy; u geometrów miara, w której trzy dłoni. Zaś dłoń, wedle niektórych miała 4 cale.

A cal? Łokcia ćwierć dzieli się na sześć części, które calami zowiemy, tak że w łokciu jednym znajduje się calów 24. (Geometra polski, 1683). Cal miał mieć szerokość wielkiego palca. Cztery cale stanowiły dłoń, zatem jak łatwo obliczyć sześć dłoni stanowiło łokieć. Łatwo?

Uff. A łokieć warszawski, a litewski – podobno nieco od warszawskiego dłuższy? Świat tych miar niezmierzonych, powie ktoś, czyste jakieś wariactwo. A ja sobie myślę, zgadzając się, że to obłęd jakiś, który jednak poddany interpretacji hermeneutycznej jakoś mnie jednak nie przeraża, pociąga raczej. Jest z tymi albowiem, tak to widzę, miarami, którymi się nasi przodkowie, podobnie jak z ich miarami czasu (por. hasło - czasu mierzenie) czy waluty, jakiś ambaras (może dla mnie tylko to jest ambaras?); informacje te mówią do nas: sprawdzam, sprawdzam twą zdolność do myślenia twórczego; owszem możesz wszystko z linijką w ręku przeliczać, jak jakiś wielki geometra z cyrklem pochylony nad światem (jak w znanym przedstawieniu Newtona - założyciela przez Williama Blake’a) i z systemem metrycznym czy calowym w ręku, wszystko na liczby przekalkulowywać, ale kiedy zaczniesz to robić przeniesiesz się do innego świata, zmienisz rzeczywistość, w klatce metrycznej się zamkniesz i zaczniesz wszystko rachować i przeliczać na abstrakcyjne jakieś istnienie, którego wzorzec (nomen omem – jakże to nowoczesne – do niedawna przechowywany był pod Paryżem, czego z dumą uczono mnie w szkole, teraz już pewnie się tego nie uczy). Wydaje mi się, że to, co dawniej się działo, to jednak jakiś inny rodzaj istnienia. Nie chodzi tylko o miary podług ciała dokonywane (to zostawiam antropologom), ale chodzi o wciąż to samo: o jakąś anarchistyczność, o pełnię tego dawnego życia, wobec którego nasze, dzisiejsze zmierzone, odmierzone, przeliczone na sto sposobów, wymierne do bólu, staje się jakieś bardziej nie tylko uporządkowane, co owej pełni pozbawione. A, podobnie całkiem, ale to już w następnym odcinku się opowie, było w przypadku miar powierzchni, w końcu tak samo ważnych jak miary odległości.

Wasz metryczny Koehler