Rozmowa o miarach (przy studni)



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozmowa o miarach (przy studni) jeśli chcesz wiedzieć jako jest głęboka studnia (chcę, chcę, proszę, nie umiem tego policzyć!) albo co inszego takowego (nic inszego, studnia tylko), tak uczyń: rozumiej sobie linią prostą w studniej po jednej stronie od a. do b., to jest do wierzchu wody. Na drugiej stronie zasię, na kraju studniej przeciwko a. niech będzie punt c., a punkt ten, gdzie oko jest, przezowiem d. Patrzże tedy przez kraj studniej do b. tak, iż linea prosta albo promień wzrokowy od oka, to jets od d.pójdzie przez c. na dół, aż do b. potym zasię od d. Niech idzie druga linea do e., tak, żeby dwie linie: linea d.c. i linea a. b. były aequilistantes, albo jako je po grecku zową paralelle. Rozumiesz?

Cisza.

Jak to nie rozumiesz? Powiedziałem przedtym, że to są linae aequidistances albo paralelle, które by nie wiem jako długo wiódł i na tę, i na drugą stronę, nigdy się nie zejdą…

To nie. To ja dziękuję. To ja panie Grzebski czy Grzepski wolę już zjachać na linie. Tak sobie głębokość odmierzę. Chłopcy (por. hasło - chłopcy) mnie opuszczą na sznurze.

Oby nie było jak w Nagrobku Potockiego: "Gliną przywalonemu"!

A co tam było?

Nagrobek temu, co studnie kopał. Że sobie sam grób wykopał. Taki witz.

Ale jednakowoż, powiedziałem, ja za wykład geometryi waszej, dziękuję.


Wkurzył się. Na twarzy poczerwieniał, ale zmilczał. A tu sąsiad, co z nami przy studni świeżo wykopanej stał, zaczął narzekać. Sąsiad Haur się nazywał, może go znacie?

Znam ci ich, nieuków, to tacy, którzy pręty za sznury, sążnie za pręty biorą.

Popatrzyłem na niego uważnie, udając zrozumienie, ale Grzebski, Grzepski wydawał się go doskonale rozumieć, zatem i ja przyłączyłem się do tego naszego wspólnego rozumienia.

A co większa, i sznurem, i prętem mierzyć nie umieją; gdyż albo przez rowy, doły, sznur wyciągają, w doły sznur wpychają, żeby się koniecznie całego dołu dotknął. Toż z górami, bagnami albo wodami, gdy im pod sznur przypadną, czynią nie prosto, jak linia przypada, ale po brzegu wygiętym i skrzywionym idą. Gdy ich kto baczniejszy przestrzeże, na to pospolicie odpowiadają: wszak i to ziemia.

Słusznie robią, wyrwałem się niepotrzebnie.

Co Waść powiadasz, odpowiedzą.

A jak pływać (por. hasło - Wakacje - woda, morze ) nie umieją? Albo kiedy jesienną porą, dajmy na to, albo wiosenną pluchą pomiary biorą? Mają się przeziębienia nabawić?

Nic nie odpowiedzieli. Zamknęli się w tych swoich trumniskach, pogrążeni w sarmackim rachowaniu, (por. hasła - czasu mierzenieJadą, jadą, dojechać nie mogąMierzą, liczą, płacą (przepłacają?!)Szerokie sarmackie włości )  miarach, głębokościach, łokciach, sznurach, sążniach, łanach, morgach, włókach. Ja nic. Ja do swoich centimetrów się, z Gombrowiczem w ręku, wróciłem.

Krzysztof Koehler