Chłopcy

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chłopcy – a cóż to za dziwaczne hasło, zapytacie, chłopcy? (por. hasło - Rozmowa o miarach (przy studni) Chłopcy, powiecie, to są u szewca! Ba, chłopcy, to temat może trochę zakazany, gombrowiczowski jakiś, (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa, no a Gombrowicz?)  może jeszcze bardziej jakiejś podejrzanej proweniencji. Otóż, nie! Źle mniemacie, wasze spojrzenie nieco skrzywione, albowiem „chłopiec” to pojęcie często pojawiające się na przykład u Potockiego tak samo u innych pisarzy zajmujących się opisem codziennego życia szlacheckiego dworku por. hasło - dworek); owego dworku „obsługi”. Chłopcy to część owego szlacheckiego przedsiębiorstwa przemieszczającego się w czasie. Ale co tam moje dywagacje. Posłuchajmy jednego z charakterystycznych wierszy Potockiego traktującego o chłopcach. Dowiemy się z niego skąd brali się chłopcy, co wyznaczało ich zadania w życiu społecznym szlacheckiego folwarku, jakie stanowili zagrożenia potencjalne dla gospodarza, który decyduje się ich przyjąć na służbę.

Wziąłem dziecię szlacheckie, żeby przy posłudze

Miał ćwiczenie. Ledwie był raz czy dwa w kańczudze

(Bez tego żadną miarą nie mogą rość młodzi),

Aż on do pana ojca przed trzecim uchodzi.

Ten się, widzę, uraża, matka pieści; zatem

Niechaj rośnie w domu, pomyślę, jałatem.

Więc we wsi poddanego a sierotę bierę:

Skoro dworską w młodości przejmie manijerę,

Może potem być sługą łaski mojej godny.

Jakoż mi, przez rok cały, bardzo był wygodny;

Aż kiedy pakłak wdzieje, guńka z niego spadnie,

Naprzód autoryzuje a potem mnie kradnie.
Zrazu nóż, łyżka i co tym podobne ginie,

Do szkatuły w ostatku sięgnie i do skrzynie.

I tyś nie mój, natury kiedy przywilejem,

Zawsze humorowatym szlachcic, chłop złodziejem.

Bywszy potem z ziemiańskim we Gdańsku towarem,

Niemczyk mi się spodobał. Więc oń z ojcem starem

Konraktuję, i krótko namawiać go trzeba,

Do Polskiej, skąd Gdańszczanie zasiągają chleba.

Gdy nie kradł i nie krył się, to była przyczyna,

Żem od wszystkiego klucze dał mu, i od wina.

Sprawiała żona pannie służebnej wesele,

Gdzie zwyczajnie przyjaciół zjechało się wiele.

Dobra myśl, staropolskie obyczaje nasze,

Niemiec gęste do stołu z piwnice szle flasze;

A i tam nie próżnuje, kiedy w dzbany jednem,

Drugim w konwie, co każe kto, nalewa, że dnem

Trzecia beczka stanęła. Skoro to usłyszę,

Bieżę: „Chłopcze, co robisz?” „Wszystko – rzecz – piszę,

Co komu dam i jednej nie minę kropelki.”

Potem mi cyfer szereg ukazuje wielki:

„Nigdy, choć mój pan ociec we Gdańsku na rynku

Mieszka, nie miał, jak Waszmość tak dobrego szynku.”

Pijani śpią, jako drwa. „Zjedże diabła!” – rzekę,

I choć mi nie do śmiechu, śmiejąc się wywlekę

Niemca za łeb z piwnice; a ten: „Mości panie,

Nie tak piją Polacy jak nasi Gdańszczanie;

Żeś mnie Waszmość nie przestrzegł, i wina, i szkoda

Waszmości” – i tak doszła między nami zgoda.

Więc na owo błazeństwo znowu wino winem

Zwyczajnie, klin wczorajszy wybijamy klinem.
A czeladce, na cyfer wczorajszych rachunki,

Piweczko, z gorzałeczką, barzo dobre trunki.

Tak, albowiem chłopcy, owa ukryta za tym słowem służebna obsługa szlacheckiego bytowania, są zazwyczaj przez Potockiego opisywani w kategoriach podpowiadanych przez tradycję literacką inteligentnego sługi. Chłopcy albowiem krzątają się po szlacheckim obejściu, są zawsze obok a w najtrudniejszych chwilach potrafią być naprawdę pomocni:


Obudzę się, jeszcze świt nieba nie zabielił;

Nie wiem, jeślim na jawie, czy mnie sen omelił:

W sukni i w botach leżę, wszystek jako w wodzie,

Pełno bigosu w wąsach, pełno kliju w brodzie.

I pochwy, i kieszenie próżne, łeb w barłogu:

„Chłopcze, kędyżem ja to?” „Mości panie, w brogu.”

Nie śmiem się dalej pytać, rad bym usnął znowu,

Już będą pijanego wiadomy narowu…

Chłopcy pomogą, jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć:

W jednej pilnej potrzebie, na noc jeszcze wczoraj,

Przyjadę w dom skąpego, gościem, senatora.

Na troje cielęciny zjemy na wieczerzy.

Już dwunastą zegarek nazajutrz uderzy,

Sprawiliśmy co trzeba, dzień najdłuższy lecie,

Kurczy mi się żołądek, zjadłby co na trzecie.

„Biegaj, chłopcze, do kuchnie.” A że była blisko,

Wróciwszy: „Mości panie, zimne i ognisko.”

Chłopcy są podręczni, sprytni, bywa, że złośliwi, absolutnie nieodzowni. Potrafią sprawdzić, kto w dwór zajeżdża, potrafią dać ciętą ripostę panu, potrafią nawet pana usypiać:


„Nie mogę usnąć, chłopcze, aż mi kto co prawi;

Prawże ty, aza mi się jako sen naprawi.”

Chłopiec, by spał do zdechu, zwinąwszy się w kłęby;

Prawi, co tylko ślina przyniesie do gęby.

Minie godzina, druga, jako nie przestanie.

„prawże jeszcze.”. A chłopiec: „ Nie wiem co, Mospanie.”

„Przecie jedno.” A ten chcąc wydrwić się czym prędzej:

„Nie mam koszule, czapki, trzeba mi pieniędzy.
Rozśmiawszy się sam w sobie, obrócę do ściany:

„Idź spać, nie wybijaj mnie ze snu, mój kochany.”

Nie da się bez nich egzystować. Trzeba by sobie jakiegoś sprawić. Ale uważać trzeba, bo może okazać się, co nie daj Boże, inteligentniejszy od nas i co wtedy?

Przyjechawszy, stanąłem w gospodzie, do miasta,

Aż mi synka na służbę oddaje niewiasta.

Chłopczyk, raźny, gospodarz przyczynia się za nią.

„Będzieszże – rzekę – ogon nosił mi za panią,

Przyjmę cię.” A ten zdrajca w skok na moje słowa:

„Cóż dobrego mówicie? Albo ona krowa?”

Śmieją się wszyscy i ja, ale myślę cicho:

I wrony na cię kraczą, nieszczęśliwa pycho.

Nic dodać, nic ująć.

Skromnie wasz się pod tym podpisuje skrzydlatym słowem

Krzysztof Koehler