Nazajutrz (kształtne odżartowanie)

 

 

 

 

 

 

 

 

Nazajutrz (kształtne odżartowanie) – w nawiązaniu do ostatniej historii (por. hasło - Nazajutrz (1) pozwalam sobie na dokończenie opisu Górnickiego. Owa raz, w rok podobno po tym, obaczył Pukarzowskiego podpiłego i uprosił go do swej gospody, a tam, dognawszy go do upaści, iż i ręką, i nogą władać nie mógł, i pacholę jego (bo telko to natenczas Pukarzowski miał przy sobie) po sługi do gospody posławszy, barwierza hnet, któremu ufał, przyzwał i rozkazał mu, aby Pukarzowskiemu spiącemu pół gęby zalawty zaprawił. Barwierz posłuszny wnet to sprawił, zalawty wargi spoił, plastr przyłożył, chustami obwinął głowę i przeniósł go na iną, lepszą pościel, którą tamże w izbie Skotnicki posłać był rozkazał. Przydą potym słudzy z pacholęciem nierychło (bo daleko gospoda była), widzą, iż pan z zawitą głową leży a barwierz instrumenta zbiera a maści chowa, pytają, coby się to działo: powiedzą im drudzy (bo sam Skotnicki, żałując wrzeczy przygody onej, płakał w głowach u Pukarzowskiego siedząc), iż ten a ten (który tamże był, niż chłopię po sługi odeszło) pana im przez twarz ranił. Słudzy, acz się mścić onego chcieli, ale iż nie było wiedzieć, gdzieby się winowajca schował, sam też Skotnicki powiedział, aby dali pokój, ponieważ pana ich jest z to, że się sam wyzdrowiawszy pomścić może zaniechali wszystkiego. I tak jedni zostali przy panie, drudzy odeszli do gospody. Potym w nocy ocuci się Pukarzowski, obaczy łeb zawity i rzecze półgębkiem: Ki diabeł, cóż mi się stało? Chłopiec! Jesteś tu? Rozświeć! Hnet się chłopiec porwie, idzie do pana i pyta: Co W.M. raczysz? Abo W.M. źle leżeć? Odpowie Pukarzowski: Ba, dobrze mi leżeć, ale mi to ki diabeł w gębę? Chłopiec (por. hasło - Chłopcy) odpowie: Aza W.M. nie pomnisz, iż W.M. wczoraj ten to ranił? Zaś pan: Ja tego kęs jeden nie pomnię, ani czuję, aby mnie bolało. W tym rzecze chłopiec: Prze Pana Boga, nie racz W.M. wiele mówić, bo nam barwierz rozkazał, abyśmy z tego W.M. upominali. Także gdy przydzie dzień, pyta, jako się stało; powiedzą mu rzecz wszystkę zmyśloną, a chłopiec jego włosny onegoż potwirdza, bojąc się, aby go pan nie bił, gdzieby powiedział, gdzie natenczas odszedł był od niego.

Przydzie barwierz do oprawowania, odwinie mu głowę, a Pukarzowski rzecze: Miły barwierzu, namniej mnie ta rana nie boli, co się to dzieje? Odpowiedział barwierz: Tak to, widzi W.M., zmartwiało ciało od razu, ale po trzecim albo po czwartym dniu poczujesz W.M. Zaś powiedział Pukarzowski: A bodajże go zabito, mógłci wżdy gdzie indziej trefiać, niż przez gębę! A toć ja mężatek nie miłuję, a wżdy mnie Pan Bóg takową raną nawiedził. Barwierz poszypławszy trochę wpuścił knot między zalawty, przyłożył znowu plastr, zawinął i rzekł, aby my dał od wczorajszej pierwszej oprawy. A Pukarzowski hnet parę czyrwonych złotych (por. hasło - Mierzą, liczą, płacą (przepłacają?!) dać mu rozkazał i prosił, aby go rychło wygoił. Odpowiedział barwierz: Da-li Bóg, W.M. rychło zdrów będziesz, jednoby, panie, mówić nie trzeba. I z tym odszedł. Przydzie czas obiadu, mięsa jeść nie śmie, aby żwaniem nie poruszył hawtów, także się trochę kontuzu napije i położy. Po obiedzie przydą towarzysze nawiedzać, którym już był Skotnicki o wszytkim powiedział, pytają go o zdrowie, przemówki półgębkiem, prosząc, aby za złe nie mieli, iż mówić nie śmie, bo mi, prawi, zakazał barwierz. Wyrwie ten to, ów owo pytać, a on jedno przyzwala głową a milczy. Owa tego tak długo było, iż się żadną miarą strzymać drudzy nie mogli, poczną się śmiać, a Pukarzowski domyśliwszy się, iż to już Skotnickiego sprawa, zawój on uderzył o ziemię, a zalawty – rozparzywszy dragant – odjąć sobie kazał. Śmiechu było dosyć a temu zwłaszcza, że on więcej barwiarzowi wierzył niż sobie, czując to, że go kęs jeden nie bolało. Powiedają drudzy, iżby tam nie było zalawtu żadnego, ale skóra telko była lina w rosole uwarzonego, którą nietelko pół gęby, ale i obie oczy kazał mu był Skotnicki zalepić.

Potocki takie sytuacje nazywa kształtnym odżartowaniem. Zatem uważajcie: jeśli zaśniecie nie daj Bóg, to wcześniej rozważcie z kim popijacie, rozważcie to wcześniej, niż będzie kaput, nim film wam się - nie daj Boże - urwie. Bo jak się zbudzicie z zalawtami na gębie, a zalawty to plastry, albo co gorsza będziecie musieli się z tej racji kontuzem czyli bulionem pożywiać, a co gorsza jeszcze twarz mieć smarowaną rozparzonym dragantem czyli klejem z koźlego ciernia, i co gorsza, barwirz, drań spod ciemnej gwiazdy, będzie wam koło gęby, coś tam poszypławszy, knota wpuszczać, a co najgorsza, jeszcze mało albo zgoła nic nie mówić przez jakiś czas nie będziecie mogli – to wtedy wspomnicie moje słowa, ale już za późno będzie. Jak to mawiał Kochanowski, Jan o Polaku co sobie nową przypowieść kupi: że przed i po szkodzie… jaki? No jaki jest? Czujność zatem szanowni, tylko czujność może nas uratować.

Wasz

Krzysztof Koehler