Partykularyzm (piekielny)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Partykularyzm (piekielny) - nie wiem czy już się wam, szanowni, chwaliłem, jeśli tak, zgańcie mnie, ale znalazłem kiedyś, grzebiąc w papierzyskach jakichś u siebie w piwnicy taki oto list (razem z odpowiedzią na ów list) pisany do kochanego „Monitora” (por. hasło - Lampeczka oświeceniowa)  przez, zapewne, szlacheckiego, (to chyba trzeba wziąć w nawias, już widzę Sarmatę skrobiącego pismo do centralnego organu) czytelnika. List jest w obronie „kropeleczki”. I owa argumentacja brzmi jak następuje:Pamiętam niedawno i na kazaniu słyszałem, że vinum bonum loetificat cor hominis/…/ Zważ W.M. Pan Dobr. i to jeszcze, iż jak zapamiętam w sąsiedztwie naszym żaden się kompromis bez kieliszka nie skończył/…/ Pozwól nam się ucieszyć cokolwiek,  przecież to i ojcowie nasi dobrze pijali, a podsciwie służyli ojczyźnie.

Ot prowincjonalne, partykularnie zawężone argumentowanie. Proszę zważcie na poziom tych argumentów, ich - za przeproszeniem – sedes, skąd się wywodzą: (por. hasło - Erystyka, retoryka i głębsze znaczenie) kazanie w kościele na mszy niedzielnej może, z koniecznym łacińskim wtrętem, pamięć (tradycja!!!), sąsiedzkie doświadczenie (por. hasło – Sąsiedzkość), zatem opłotki, niska perspektywa rozumowania, sąsiedzkie prowincjonalne argumenta (w Warszawie już nie obowiązują, przecież!), no i to wspomnienie ojców (por. hasło - ojcowie) w trywialnym, zrytualizowanym wywodzie, opartym na jakimś podkasanym sylogizmie: ojcowie pijali, podściwie służyli ojczyźnie, zatem i my pijąc możemy robić to samo. To jeden z aspektów tego rozumowania. Drugi: jeżeli ojcowie chociaż popijali, podściwie służyli, to i my, jak popijać będziemy, podobnie się zachowywać powinniśmy. List jest grzeczny, powiedzieć można w tej grzeczności aż naiwny. Nadawcę, który pisze do odbiorcy (kochanego Monitora): Pozwól nam się ucieszyć cokolwiek, przecież z jednej strony widzieć możemy jako poczciwego szlacheckiego safandułę, Dobrodzieja, miłego jakoś tam w sumie gościa z wąsami, o dobrym sercu, o horyzontach zawężonych, o umyśle sformatowanym myślą stereotypową (o ile to w ogóle myślą nazwać się godzi!), z drugiej wszak w wyrażeniu tym widać nie tylko grzeczność nadawcy, ale tak samo widoczna jest jego podległość, podporządkowanie, innymi słowy, list ten konstruuje pozycję hegemona i podporządkowanego, kolonizatora i kolonizowanego. Nie przesadzam?


A to posłuchajcie odpowiedzi pana redaktora:

Zbyt dobrą mam opinią o całym sąsiedztwie korespondenta mego, żebym miał sądzić ich doskonałość na samej tylko psiarni, stajni i kieliszku zasadzoną…

Co za ironia! Jakiż sarkazm! Ale proszę zwróćcie uwagę na wzajemny ten układ: jeden pokornie prosząc, drugi bijąc po pysku inteligentnie z wdziękiem i piruetem. Tak to było. I jest. I pewnie będzie. Jeśli tylko jedni wciąż będą w tych piekielnych partykularyzmach, horyzontach parafiańskich chcieli tkwić, szczycić się nimi, z nich niejako nabierać pełnymi garściami argumentów i sposobów na życie i jeśli tylko drudzy, wciąż tych pierwszych mając za obiekty szkolenia, swoją antypartykularną, wyemancypowną rolę ogrywać chcieć będą. Co odnotowawszy, stanę z sąsiadem koło płotu i o pogodzie, o psach, ale też o żonach, o polityce, o wspólnych znajomych na pogwarki rzucimy się, poglądając na wciąż sterczącą (mimo dzielnych i nieustannych zabiegów wszelkiej maści trudniących się zarabianiem na bułkę z masłem Rodaków pracujących u Bauera albo w Londynie i wznoszących coraz wyższe i nowocześniejsze domy tu na miejscu) ponad poziome dachy wieżę kościoła parafialnego. Wasz uniżony sługa

Krzysztof Koehler