Niepodległość. (Toast nieudany, niesarmacki)

 

 

 

 

 

 

 

 

Niepodległość. (Toast nieudany, niesarmacki) – pozwolę sobie wznieść toast sarmacki (por. hasło - Sarmacja i niepodległość) na cześć niepodległości, a chociaż, jak powszechnie wiadomo, Sarmacja nigdy niepodległości nie straciła, i cała była że się tak wyrażę, skonstruowana na niepodległości. Wtedy, co warto podkreślić, mówiło się bardziej o wolności (libertas) mając na myśli jej wymiar nie podlegania nikomu, co zresztą Q. Skinner, wybitny brytyjski znawca przedmiotu, co wynika choćby z lektury jego eseju Liberty before Liberalism – tak dziateczki, to możliwe, zatem już bez tych wtrąceń zbytecznych przy waszej palusowej, słodcy moi,  (por. hasło - palus sarmatica) erudycji – Dobra! Kończ to zdanie, albo na drzewo spływaj! – Co to, powódź? Mówię, jak umiem! – To się, kawa, naucz, nim głos zabierzesz… nam, bo my cię, kawa, słuchać musim, a ględzisz jak stara baba! - No nie! Ageizm tu mi wciskasz jeszcze pomieszany z mizoginizmem spod znaku hezjodowego (baba a wół, wsio jedno, najlepiej jak oboje!) – Kończysz (pii) już? My się napić (pii) chcemy, a ten gada! – Dobrze, ergo, o czym to ja mówiłem? - Widzisz, palancie, czym się kończy blekotanie bez sensu! – Wulgarny jesteś, dzidziuś, a w pysk chcesz? – Stawaj, kacapie! – Chętnie stanę, tylko mowę, znaczy toast, dokończę! – Dokończ, kaleko! Potem się policzymy. – Mową nienawiści na sali tu pachnie, nie kończę, uchodzę, mordę skuć temu warchołowi! – Spróbuj, kawa, jeszcze mi ludzie podziękują, że ci usta zatkałem. – Panowie, proszę! Panowie. Tu są jednak i niewiasty, tu są jednak i dzieci, niech ów skończy, a potem się policzycie ze sobą, na zewnątrz, jeśli, ma się rozumieć nie ucichnie wasza złość wzajemna in the meantime. - Co? Co łun godo? Jaki mintajm? Ryby będą podawać?- Ciszej, niech Did sobie śliwowiczki łyknie, nie będzie mintaja, karpie podadzą może albo gęś. Tak, sądzę, Did, że gęś staropolską podadzą, ten ichni mintajm co innego znamiomuje. - A co łun godo? A mówi, że Skinner, Quentin Brytyjczyk wykazał, iż wolność w znaczeniu niepodległości, nie podlegania zewnętrznej opresji, władzy, suwerenowi, czyli po naszemu niepodległość to właśnie to, co stanowiło sedno nowożytnej refleksji republikańskiej. - Nowożytnej, powiadasz. Ciekawe. Ciekawe, a nie obrażasz ty mnie, głąbie kapuściany, makówo z Makowa? - Błagam, nie, niech Did, popatrzy na te damy, ot tam, przytakują i wiedzą, że to nowożytnej refleksji się dotycze. - A niech sobie dziobią głowami, jakby kury ziarna dziobały, idiotki jakieś.


Nerwy, nerwy na sali. Niepodległość świętujem. Ten, co miał mowę wygłaszać, chwaląc sarmackie umiłowanie wolności, głowę spuścił, chwilę się zasumitował, a potem jak nie zasunie:

„Miałem wam pochwałę szlacheckiej wolności wygłosić, ale basta, co tam, nie wygłoszę. Nie wam, nie do was, nic wam do nich, do staroszlacheckiej owej zadzierżystości, dzielności i chwały bojowej. Nic was z nimi nie łączy. Nic. Może wspólne bajki papy Sienkiewicza was łączą z jakąś karykaturą tego, co on, ku pokrzepieniu waszego schodzenia z tego świata wymyślił, aby wam ten sarmacki oleodruk do trumny włożyli. Każcie się z nim pochować, niech wam waszą gębę nim przykryją, żeby nikt was nie widział pod nią, waszej zniewieściałej, zdradliwej, smrodliwej fizjonomii, co nawet wąsisków nie umie sobie przyprawić, prowadzi to do tego, iż wasza przednia twarz już się niczym od zadniej nie odróżnia. Wąsy jakby były, sprawę by rozwiązały. Jak ich nie macie: straciliście szanse rozeznania.”

Ale i to nie zadziałało. Wszystkie jakieś idiosynkrazje, kompleksy, syndromy postkolonialne tu w tej pięknej, wzorzystej sali się zeszły i do głosu dojść chciały. A ja sobie portrety oglądałem, i ujrzawszy je, przypomniałem sobie ową słynną mowę Stanisława Orzechowskiego (por. hasło - Orzechowski, Stanisław) wygłoszoną podczas sejmiku w Sądowej Wiszni. I uświadomiłem sobie, że nikt nie był większym mistrzem w kreśleniu kresu swej wspólnoty, niż staropolscy owi pisarze, poeci, ludzie pióra i ci, którzy obdarzeni byli niezwykłym talentem oratorskim. Więc przeprosiłem szamocącego się na mównicy mówcę, uwikłanego w owe nasze dzisiejsze kontredanse i pozwoliłem sobie tamtą mowę Orzechowskiego, przynajmniej jej skromny fragment zacytować:

Na tych obraziech kościelnych oto tu widzicie namalowane święte. Oto tu jest święty Paweł, oto Stanisław biskup krakowski, oto Wojciech arcybiskup gnieźnieński. Nie oni-ć to są święci starzy, ale obrazowie ich. Spytajcież tych malowanych świętych, co się teraz w niebie dzieje? Oto ja ich przed wami spytam: "O, święci malowani, powiedzcie nam, ludziom grzesznym, co się teraz w niebie dzieje? Pytam was, czemu milczycie?" - Oto milcza, nic nie mówią! Os habent et non loquentur ac clamabunt in gutture suo. - Tym świętym podobni w radzie polskiej wyście są, naszy miłościwi panowie!

Malowani święci. Malowani rozmówcy. Malowani uczestnicy naszej niepodległości, którą tak trudno przychodzi nam uszanować. Bo jest.

Ucichło. Grozą powiało. Potem ktoś „Bogurodzica” pociągłym, niskim tonem zaintonował. Głos niósł się nisko. Zapowiadał deszcz. A może i gołoledź.

Wasz stenograf

Koehler, Krzysztof