….do elekcyi, gdzie nam o wszystko idzie…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

….do elekcyi, gdzie nam o wszystko idzie… - wiem, wiem, nie powinienem wracać, ale mi może szanowni wybaczycie. Kiedy jednak czytam takie, jak powyższe, słowa, to uświadamiam sobie, że chciałbym, aby nam też dzisiaj (albo kiedyś jeszcze) szło o wszystko. A szlachcie, ówczesnym obywatelom, (por. hasła- Obywatel – kto to?szlachta)  jednak szło. Ostatnio publikowało się w tym miejscu różne wyimki z owych czytanych przeze mnie kronik czasu pierwszego bezkrólewia, które miały pomóc zrozumieć ów intrygujący czas, kiedy to wspólnota polityczna usiłowała skutecznie przeprowadzić swoje państwo przez ten niebezpieczny okres. Ale czy im się to naprawdę udało? Niby przed wszystkim się zabezpieczyli, ustalili zasady, wprowadzili prawne regulacje, rozważyli, zdawałoby się wszystkie zapewne scenariusze zagrożeń w ramach ówczesnej analizy SWOT, ale czy na pewno wszystkie? Rzeczpospolita (por. hasło - res publica) tamtych lat była jak rollecaster; w pędzie, niedoinformowaniu, dezinformacji, celowym opóźnianiu informacji w samym centrum walki politycznej, kolebiąc się jak bolid na nierównej drodze, wydawało się – jednak wszelkie możliwości brane są pod uwagę. Tu Litwa napina muskuły, tam trwa polityczny spór między Małopolanami a Wielkopolanami (spór o kompetencje, przywództwo w państwie, śmiem sądzić, podlany benzyną emocji religijnych, konfesyjnych), wobec pustego skarbu, królewskich długów, w czasie znaczącej destabilizacji międzynarodowej -  w samym centrum tego zawirowania mówi się, powtarza, głosi: „nam idzie o wszystko”.

Rozumiem to tak, że o wszystko znaczy o być albo nie być; jest w tych słowach jakiś szept, pogłos maksymalizmu: teraz albo nigdy, ale tak samo jakiś pogłos niesamowitej i intrygującej z dzisiejszej letniej perspektywy emocjonalnej, duchowej mobilizacji społeczeństwa: nie chodzi mi tylko o owe zawiązywane w całym kraju konfederacje (por. hasło - Konfederacja - a co to?), ale i o owe zjazdy, jak się pisało ostatnio, nawet zjazdy mające na celu dopilnowanie negocjatorów, (por. hasło - Posłowie cesarza ) zjazdy, jak się wydaje, dokonujące się z inspiracji oddolnej, obywatelskiej, w trosce o to, by w ich rzeczy pospolitej działo się jak należy. Idzie tak samo o wszystko owemu Bylińskiemu, o którym donosiło się ostatnio (por. hasło - IMĆ pan Byliński, Rotmistrz z Tykocina): rotmistrz wszak złożył przysięgę, obiecał, więc nie mógł się, ot tak, z niej wycofać, zatem w trosce o wszystko, nie wpuszczał panów do Tykocina (musiał się z tego tłumaczyć na zjeździe konwokacyjnym); te rzesze szlachty, kiedy się czyta owe różne doniesienia, w bardzo niesprzyjających warunkach, pod gołym niebem, albo w namiotach pospieszenie sprowadzanych na miejsce zjazdów, do nocy ciemnej debatujące, spierające się, ale też walczące zawzięcie o to, aby duch niezgody, podejrzliwości, sedycyi, jak mawiano wtedy, nie zwojował dusz i umysłów obywateli – wszak to też owe dowody, że szło im o wszystko; wreszcie owa obywatelska gorączka, nieustanne wędrowanie, przemieszczanie się szlachty, posłów, senatorów, z listami, po listy, z uzgodnieniami, po uzgodnienia, wzdłuż i wszerz wielkiego kraju, po to, aby wszystko dobrze przysposobić, aby nie było, nie pojawiła się, owa – jakże z czasem polska – bylejakość, dojutrkowanie (jakoś to będzie), polski fatalizm, jak

wyśmiewał ją Norwid: „kwaśno-kapuściana” niefrasobliwość, zatem, owa wielka społeczna, obywatelska energeja: najwspanialsze osiągnięcie wielkiego politycznie wieku XVI! I potem co? Co dzieje się po owym staraniu? Wybiera się Francuza. (por. hasło - Francja, kogut, zdrada) Który szybko ucieka. Ważne więc, co było potem: jak zareagowała Polska obywatelska na taką ironię, groteskę, policzek – wymierzony owej zapobiegliwości przez ludzką płochość, niestałość, ludzką, może tylko, nieprzewidywalność. Pomyślcie sami, wstawcie się w sytuację: oto przez prawie rok ciężko pracujecie, angażujecie się, oddajecie zdrowie i czas rzeczy ważnej, która – na waszych oczach, jakoś ośmieszona jest przez francuskiego króla polski czmychającego do siebie pod osłoną nocy. Uważam, że można się było załamać: machnąć ręką, powiedzieć sobie: nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało. Tak widocznie musi być. To, co się stało potem, co nastąpiło potem, najlepiej świadczy, jak sądzę, o tym, kim byli owi nasi przodkowie, i co kryło się za sformułowaniem „nam idzie o wszystko”. Podziwiając ich za to, że natychmiast się podnieśli, nie poddali jakiemuś fatalizmowi, a przede wszystkim owej jakieś złośliwości losu, zarazem jakoś im zazdroszczę, że tak to wszystko w ich głowach było dobrze skonstruowane. Bo rozglądając się po obecnej Rzeczpospolitej widzę, że wszystko jest jakoś inaczej.

Krzysztof Koehler