bonum communae

  • Drukuj

 

 

 

 

 

 

 

 

bonum communae – dobro wspólne. Jeszcze i w ten sposób określano państwo w czasach szlacheckiej republiki. Pisarze XVI wieku tacy jak Modrzewski, Orzechowski czy poeci tacy jak Jan Kochanowski i inni w oparciu o dyskurs klasyczny budowali rozumienie zadań wspólnoty politycznej. Wspólne dobro wymagało: poświęceń, rezygnacji ze swoich osobistych celów, podporządkowania się decyzji większości, a przede wszystkim wypełniania swoich wobec ojczyzny obowiązków w czasach pokoju i na wojnie. (por.– aequalitas, Obraz szlachcica polskiegores publicavirtusszlachtaantemuraleantemurale (2)antemurale (3) - Matki Boskiej Częstochowskiej). Idea dobra wspólnego rodziła się razem z narodzinami szlacheckiego republikanizmu czyli jej zasadnicze instytucjonalne zręby formowały się w ciągu wieku XV, ale ich często merytoryczne uzasadnienie - by rzec górnolotnie - napełnianie stągwi instytucji (por. hasła - elekcja wolna (fakty)sejmsejmik) winem republikańskiej filozofii trwały jeszcze w XVI czy w XVII wieku. Dobro wspólne miało ewidentny związek z korzyścią, pożytkiem, także pożytkiem wymiernym, materialnym całkiem. Stanisław Orzechowski definiuje Rzeczpospolitą terminem „towarzystwo pożytku”. I ma zapewne całkiem dosłownie na myśli państwo rozumiane jako wspólną korzyść dla tych, którzy je tworzą: opłaca się być częścią państwa, które gromadzi ludzi wokół idei dobra wspólnego. Wiem, że to ciężko pojąć w czasach, kiedy coraz częściej określamy państwo „pożytkiem towarzystwa”. Trochę chyba się z tym już nawet pogodziliśmy, kiedy mówimy „państwo polityków”, mając na myśli zapewne traktowanie nas przez nich jako narzędzie do wrzucania kartek wyborczych. Ba, takie destrukcyjne rozumowanie nazywamy nawet całkiem ochotnie pragmatyzmem, nowoczesnością, inne, oddane wspólnocie, uznające jako zasadę naczelną bonum communae, już nas trochę dziwi, wydaje się anachroniczne, a może nawet podejrzane? Jestem – mówię to z przykrością - pewien, że całkiem podobnie można było mówić niekiedy o tamtym, naszym (ich?) (por. hasło – oni-my) dawnym państwie. Różnica jednak zasadnicza tkwiła w tym, iż nawet jeśli praktyka szła innym torem (zbaczała na manowce interesu prywatnego), narzędziem prostowania zagubionych umysłów była kultura (dzisiaj już nie, kultura ściga się w tym względzie z polityką, sama stała się „pożytkiem towarzystwa!”): służyła wszak ona temu, aby wartości opłacalne dla wspólnoty wzmacniać i za pomocą bohaterów kultury promować. Dla mnie takim wzorcowym przykładem bohatera, który w swoim postępowaniu kieruje się dobrem wspólnoty, a nie swoim dobrem, jest Antenor z „Odprawy posłów greckich” Jana Kochanowskiego. Jakże bym chciał, aby wreszcie tak zaczęto mówić o tragedii Kochanowskiego w szkole: nie jako o dziełku poświęconym nieśmiertelnej krytyce szlachty (proszę wierzyć, w szkołach wciąż ją tak czytają, jeśli oczywiście w ogóle czytają!), tylko raczej jako o dramacie politycznym, który na pierwszym swym planie ma refleksję nad powinnościami obywatela wobec swojej „patriae”, (por. hasło – amor patriae) wobec tego dobra wspólnego, jakim jest ojczyzna. Antenor, wiemy to doskonale „przegrywa głosowanie”: zresztą, jak na mój gust, całkiem na swoje życzenie, nie bardzo się przejmując swoim audytorium (nie czytał sondaży?!), chwilami wprost mówiąc mu sądy dosyć nieprzyjemne i budując swój autorytet dziwnie: jako ostatniego obrońcy upadających wartości. (por. hasło – retoryka a społeczeństwo obywatelskie) Jakby Katonów ludzie lubili słuchać nawet w dawnej Troi Kochanowskiego! Co innego Aleksander: on przemawiać umie i raczej jako działacz czynów, a nie mówca słów przedstawia się tym, co go słuchają jako jeden z nich, „chłopak z sąsiedztwa” (on na pewno z sondażami jest za pan brat!). No, ale nie w tym rzecz, kto w jakie się ubiera stroje, ale w tym, co dzieje się z Antenorem po przegranym głosowaniu: czy obraża się na lud? Czy wybiera się na emigrację, nie chcąc mieć nic do czynienia z zadufanym w sobie, rozpolitykowanym, rozkrzyczanym „narodkiem”, z tymi, którzy znowu „wybrali źle, nie dorastając do rozumienia tego, czym jest demokracja”? Nic z tych rzeczy: Antenor jest pierwszym, który przychodzi do króla i mówi: skoro podjęliśmy decyzję, której konsekwencją będzie wojna, zacznijmy czynić do tejże wojny przygotowania. Jakby sam zgłaszał się na ochotnika, by stanąć w pierwszym szeregu wojska w czasie nieuchronnej potyczki, którą przez głupotę, pychę i interes własny Aleksandra Trojanie właśnie rozpoczęli. Czyni to właśnie w imię bonum communae, które z definicji jest większe pierwsze, istotniejsze od: zawiedzionych ambicji, politycznej pychy czy chłodnej kalkulacji zysków i strat. Bonum communae nakazuje odłożyć, gdy potrzeba taka nadchodzi, bilans zysków i strat, i przypomnieć sobie, że poza kalkulującym rozumem mamy też serce, w którym to bonum communae obywatelskie zamieszkało.

Krzysztof Koehler