oni-my

 

 

 

 

 

 

 

Oni – my. Wiem, że to hasło brzmi dziwacznie, ale tak naprawdę chciałbym się zastanowić nad tym czy istnieje jakaś ciągłość, jakieś porozumienie między epoką, którą naszymi moczarami nazywamy (por. hasło – palus sarmatica ) i je sobie zwiedzamy bardziej lub mniej intensywnie a nami dzisiaj. „Nami” znaczy: żyjącymi tu i teraz w III RP wciąż jeszcze na początku kolejnego tysiąclecia a naszymi przodkami. Już kilka razy, nurzając się w moczarach, jak zapewne zauważyli ci z Państwa, mniej podatni na znudzenie, miałem ten problem, jak o tym związku mam pisać. Jaki my mamy w ogóle mieć do nich stosunek? Jak do nich podchodzić? Czy jako do (utraconego) dziedzictwa? Czy jako do obciążenia (te piekielne polskie przywary, z którymi co bardziej światli ludzie walczą, walczą, walczą)? A może jest jeszcze jakaś inna możliwość, jakieś inne podejście, którego nie umiemy (ja nie umiem) odnaleźć? Pomiędzy nami rozciąga się historia. To bardzo, bardzo wiele tłumaczy. Po drodze były: oświecenie, rozbiory, romantyzm, (wiecznie żywa) szkoła krakowska, wojna, Powstanie Warszawskie, okupacja niemiecka, okupacja sowiecka, kolonizowanie, debata o kształt nowoczesności w okresie wczesnej transformacji ustrojowej (lata 90. ubiegłego wieku), katastrofa smoleńska. A pomiędzy nami: Karpiński, Mickiewicz, Sienkiewicz, Żeromski, Gombrowicz, prymas Wyszyński, kardynał Wojtyła, kapłan i błazen, wykształciuch i ludzie spod Krzyża na Krakowskim Przedmieściu. W czasie tym nałożono na „nich” przynajmniej dwie silne perspektywy oglądu: wpierw wykrzywioną grymasem koturnów komediowych maskę „sarmatyzmu” (zaiste jakby na trwale wczepioną w sarmacką twarz, ironiczną „gębę”, doszywaną wciąż nowymi ściegami przez wiecznie żywą szkołę krakowską), a zaraz potem cepelię narodową (realizowaną w szlacheckiej gawędzie a potem rozwijaną w masce epickiej Skrzetuskiego czy Małego Rycerza przez Sienkiewicza), ale też podważaną tępym scyzorykiem przez zatroskanego o prawdę Gombrowicza – tego wychowawcę powojennej polskiej inteligencji, pozbawionej zmysłu inteligentnego (czyli rozumiejącego) czytania. Ewa Thompson w swoim ważnym artykule „Sarmatyzm i postkolonializm” chyba trafnie wskazuje na zasadniczą różnicę, którą tym swoim przywoływaniem instytucji i nazwisk być może wywołuję: oni byliby „nami” sprzed kolonizacji, „my” jesteśmy tymi, który zostali skolonializowani. Ale czy na pewno wszystko to wyjaśnia? Trzy przykłady, te same wątpliwości: oto szlachta (por hasło – szlachta) mieszkała w swoich dworkach (por. hasło – dworek); pisała o nich wiersze, pisała w nich swe sylwy (por. hasło – silva rerum), wyjeżdżała z nich na wojnę     (por. hasło - pospolite ruszenie), na ich ścianach wieszała kopie cudownych obrazów (por. hasło – obrazy cudowne), chyba prościej powiedzieć: żyła w nich. Dworki to była forma ich egzystencji. Ale po rozbiorach poeci uczynili z nich „arki polskości” (jak choćby Soplicowo). Jak mieszka się w arce polskości? Czy tak samo, jak w dworku? Drugi przykład: Franciszek Karpiński zamieszkał w swoim Kraśniku po rozbiorach trochę już jak przystało na „anachoretę narodowego”. Ale ten anachoretyczny, pustelniczy pobyt Karpińskiego (usunięcie się jako znak sprzeciwu) został – pewnie z rozpędu – ośmieszony przez carskich urzędników, którzy wszystkim posesjonatom nakazywali przysięgę na wierność nowej władzy. Kim jest „anachoreta narodowy” po takiej przysiędze? Czy nie czuje się trochę niezręcznie i już jednak inaczej mieszka? I trzeci przykład: wycieczka w gronie profesury uniwersyteckiej autokarem po Ukrainie. I narastające coraz mocniej komentarze: aleśmy tu sporo kultury wnieśli; te zamki, pałace, koło których krajowcy teraz pasają krowy, koło których w walonkach chodzą. Cywilizację im wnieśliśmy? My? Ale kto - my? Koledzy i koleżanki z autokaru, dzieci może warszawskiej inteligencji, a może tylko prowincjonalnych beneficjentów awansu społecznego? Kresowi magnaci wznoszący luksusowe pałace na ludzkiej krzywdzie (jak powiedział trafnie, jak zawsze, ks. Baka: „sobole, są bole”), co my z nimi mamy wspólnego, my dzieci z awansu społecznego? Piszę - nie wiem. Piszę - pytam, tłumacząc się, podczas gdy brodzę, zapadam się, tonę w tym sarmackim moczarze.

Krzysztof Koehler

No i odpowiedź, jak zawsze celna, nadeszła w Wielki Czwartek 2012 z Houston, TX. Profesor Ewa Thompson pisze, komentując te tu moje rozważania: Ale to są nasi intelektualni i filozoficzni przodkowie, więc w jakiś sposób nasze myślenie jest uzależnione od ich myślenia, a nasze błędy i grzechy są konsekwencją ich błędów i grzechów. W jaki sposób te zależności się rozwinęły? Oto pytanie. Dlatego mamy ich czytać.  Tak jak niemożliwym jest wyobrażenie sobie współczesnego Anglika bez śladu w nim Szekspira, tak niemożliwym jest prawidłowe określenie współczesnego polskiego intelektualisty bez połączenia go z tym całkowicie już zapomnianym (niestety) światem myślenia kultury sarmackiej.