Lampeczka oświeceniowa, a „Trans-Atlantyk”?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Lampeczka oświeceniowa, a „Trans-Atlantyk”? - jak myśleć o zamieszkaniu tego, kto mówi w "Trans-Atlantyku": Gombrowicza-Narratora; jak myśleć o nim i o jego języku? Jeśli prawdziwe jest to, co miał do powiedzenia Wittgenstein o granicach języka i świata, które nawzajem na siebie wpływają, to Narrator tej powieści mieszka w Sarmacji, bo język jego jest sarmacki: czy chce tej szlacheckiej, pustej Polski, czy nie, jest jej lingwistycznym więźniem; nie ucieknie, choć ucieka, decyduje się uciec od tego „straszydła, tego Cudaka”, jakim jest tożsamość, która go więzi i ogranicza, ale która jest weń wrośnięta, bardziej, wcześniej niż wrażona w łydkę ostroga Bractwa, które jakże mocno, jakże mocno, przypomina wszelkiego typu bractwa trzymające się w szachu coraz większym „zaangażowaniem”. Ba, to jest paradoks, przed którym szuka ucieczki Narrator, ale na co trafia?

Trafia na puta Gonzala z jego wersją postkultury, z jego wersją kultury użycia, z jego wersją pustej kultury grania formami, z której to gry wynika niestety tylko kakofonia czyli nic (wielka Pustka, tak samo wielka, jak pustka po narracji, która utraciła swój społeczny sens, a może nawet większa pustka, bo rozganiania wewnętrznym niezaspokojeniem). Jeżeli albowiem rozgrywka, w którą Gombrowicz, usiłujący wydostać się z wnętrza uwikłania (ale beznadziejne to marzenie: z wnętrza uwikłania nie wywikła się, póki nim będzie powodował język, w którym mieszka i Paskowe (por. hasło - Pasek), i Potockiego, (por. hasło - Potocki), Kochanowskiego i Kochowskiego, (por. hasło - Kochowski, Wespazjan) ale i sienkiewiczowskie narzecze) zostaje natychmiast wciągnięty, rozgrywka o Ignaca (tę młodość, energię, potencjał drzemiący, groźny, wyzwalający) spada na Gombrowicza, to przecież nie ma on złudzeń: jeśli Ojciec-Ojczyzna, chce ową młodość uformować, zapewne nią kierować, nią rządzić, ją sobie hodować, to tak samo nie lepiej przedstawia się idea Synczyzny, jako niby wyzwolenia przecież, ale zarazem jest to idea w rękach i ustach i innych częściach ciała kogoś kto chce właściwie, wampirycznie, ba, erotycznie, ba, prościej jeszcze jakoś owego Ignasia dla swoich chuci wykorzystać! To epokowe odkrycie: Synczyzna jako wyzwolenie to hasło, za który stoi idea – przepraszam za słowo – "skonsumowania" młodości, wykorzystania jej, ale nie dla niej, nie dla idei, ale dla swojej, nienasyconej chuci, której to chuci owa Ojczyzna-Ojciec się naturalną koleją rzeczy sprzeciwia. Powstrzymuje ją, uniemożliwia jej postęp, więc wydano na nią wyrok.

Tak! Lampeczka oświeceniowa nigdy może jaskrawszym blaskiem nie oślepiała oczu owych ludzi postępowych, ludzi postpolitycznych, ludzi poskulturowych, którzy – na miły Bóg, to są odkrycia Don Vitoldo – z frazesem wyzwolenia od tradycyjnych rytuałów na ustach dążą do maksimum rozkoszy, nakierowanej, jak każde uczucie egoistyczne, nakierowanej na siebie samą.

Prawdziwym, zasadniczym punktem odniesienia tego rodzaju dylematu: albo (Ojczyzna, formująca, wymuszająca podporządkowanie itp.), albo (Synczyzna niosąca zaspokojenie wampirycznej rozkoszy użycia)  co jest więc? Co rozwiązaniem proponowanym przez pisarza? Śmiech z zakończenia powieści? Furda śmiech,  choć się śmieją. Zasadniczym punktem odniesienia jest, wydaje mi się, "mały Robaczek". Poszukajcie go w "Trans-Atlantyku": naliczyliśmy: pojawia się cztery razy. Pojawia się, wyławia go wzrokiem Narrator zawsze w momentach szczególnego napięcia; w momentach dla decyzji ważnych. Staje się dlań ów "Robaczek" jakimś punktem odniesienia właśnie, ostatecznym kontekstem, wychyleniem się poza sytuację, poza wszelkie uwikłanie. Co znaczy on? Jak go rozumieć?  Ja  do końca nie wiem, ale przeczuwam, że mieszka on, ale może nie wypada mi się z tą wiedzą za bardzo afiszować, ale niech tam, co mi tam!, mieszka on otóż na moczarach, jest moim ziemskim sąsiadem. Jest zanurzony, ukołysany istnieniem, jest "wkołysany w otwarte". Heidegger? Tutaj? I Haidegger, i Robaczek, i Rzeczpospolita...

Jakże więc mam uwierzyć tym, co mnie nakłaniają do wyłonienia się z moczarów? Wyjścia na suchy ląd? Odetchnięcia zdrowym, niezamglonym powietrzem? Pozostaję więc na moczarach, Adwent się zaczął. Trzeba by jakimś kuligiem, jak Bóg da, z hałasem, pokrzykiwaniem, muzyką zajechać.

Krzysztof Koehler