silva rerum

 

 

 

 

 

 

 

Silva rerum – po polsku las rzeczy czyli ogromna zwykle, wielopokoleniowa księga, która zamieszkiwała szlacheckie siedziby: zaczynał ją pisać pradziad, kończył prawnuk. Zawierała właściwie wszystko co pod ręką: przepisy kulinarne, mowy polityczne, kazania, druki, listy, wiersze, zasłyszane opowieści, tak samo pamiętniki (por. hasło – pamiętnik) lub tylko zapisy roczne najważniejszych wydarzeń, ale i anegdoty, facecje albo znowu ciekawostki, niekiedy wieści ze świata, które ktoś sobie gdzieś odpisał albo wyrwał z jakiegoś innego druku bądź rękopisu. Podchodzić należy do sylw, bo tak się one po naszemu nazywają, z wielką pieczołowitością dlatego, że ukryło się pomiędzy jej okładkami życie niejednego szlachcica. Wedle wspomnień niezastąpionego Potockiego księgi te można było sobie podczytywać w izbie jadalnej (por. hasło – izba jadalna):

Przyjadę do szlachcica w przyjacielskiej sprawie.

Prosi mię za stół, aż w kącie na ławie

Karty, szachy, warcaby, dalej widzę księgę

Bez końca, bez początku, której gdy dosięgnę,

Ledwiem mógł z starodawnej zrozumieć ramoty…

Ale pewnie nie wszystkie były „dostępne dla zwiedzających”. Bardziej prywatne, rodzinne czy osobiste zapiski były wewnętrzną własnością rodziny i ukrywano je przed okiem postronnym, chociaż może mi się tak tylko wydaje. Jak wyglądało pisanie takiej księgi? Co przynaglało ludzi do ich prowadzenia? Najprościej może to sobie wytłumaczyć po prostu zainteresowaniem: ktoś usłyszał, że na sejmiku (por. hasło – sejmik), na którym akurat nie był, wygłoszono świetną mowę. Więc starał się ją zdobyć, a kiedy już ją miał, po przeczytaniu, do księgi swojej wklejał albo po prostu przepisywał. Może po to, aby, kiedy nadarzy się okazja, można było się do tej mowy odwołać, przypomnieć jakieś fragmenty lub wprost większość inkorporować do swego wystąpienia. Kto to wie? A może też potrzeba zapamiętania była ważna, zapisania, zatrzymania wydarzonego dla „nie-wiadomo-kogo”. A może, jak to zdradza w swoim pamiętniczku Joachim Jerlicz, szlachcic kresowy z XVII w., pisało się po to, aby ostała się pamięć, ślad po ludziach, a zatem, by dało się rozpoznać, kiedy już wszystkie dokumenty zaginą w wielkim zniszczeniu, by dało się po tych zapiskach dojść do ładu: skąd się kto wywodzi, jak nazywali się jego przodkowie i gdzie, i po co żyli. A może po co sam żyje on, kto tę księgę odziedziczył i przetrwał ów dziejowy kataklizm, aby potrafił sobie ustalić kierunek, oprzeć na czymś swoją życiową busolę. Och, żałuję, że nie mam takiej księgi po moich przodkach! Sylwa zaskakuje, każda strona potencjalnie może poprowadzić w zupełnie innym kierunku: oto zbiór nagrobków żartobliwych albo relacja sejmikowa (z akurat tego sejmiku, z jakiegoś powodu ważnego dla szlachcica-autora) a na następnej zaraz stronie zapis testamentalny albo nieoczekiwanie list męża z obozu do żony; obok anegdot czy dykteryjek, zapiski z najbardziej przejmujących w ludzkim życiu wydarzeń: ślubów, chrztów czy pogrzebów dzieci. Ktoś powie, śmietnik! Żadnej dystynkcji, rozdzielenia, porządku, prawdziwa stajnia Augiasza, która domaga się oczyszczenia, uporządkowania. Nasze sarmackie moczary (por. hasło - palus sarmatica ) jest jakąś nieudolną próbą naśladowania tej intrygującej natury wypowiedzi! Bo też jest jakoś tak, iż przedzieranie się przez sylwy jest obcowaniem z ludzkim życiem. Jeżeli miałbym kiedyś odważyć się podążać za świadomością szlachecką, gdybym faktycznie zaczął tę trudną wyprawę do zatopionego lądu dawnej Polski, myślę, że w drodze tej przewodnikiem nie powinny być dla mnie jednak tylko książki Janusza Tazbira: przede wszystkim chciałbym mieć ze sobą Sylwy, a może tylko jedną Sylwę, którą bym czytał, nie za pomocą przesuwania rolki mikrofilmu w czytelni, ale przewracając kolejne karty. Pewnie to zabrzmi nieco patetycznie, ale Sylwy wydzielają zapach, wcale niekoniecznie tylko środków chemicznych do ochrony papieru: niosą w sobie zapach ludzkiego istnienia: różne ręce je pisały, różne płyny karty ich zdobiły. Sylwy ocalają! Dzięki nim wciąż można znajdować nowe wiersze Potockiego, anonimowi, zmarli poeci wciąż mogą debiutować dzisiaj, bo w tym ogromnym kosmosie ksiąg szlacheckich, wciąż można odnaleźć nowe, nieznane światu teksty: owszem doskonale były one znane kiedyś sąsiadom czy rodzinie autora (por. hasło - rękopisy, nie płoną). Kiedyś, kartkując jedną sylwę, znalazłem w niej włos, żywego onegdaj człowieka (może łysiejącego?) włos, który przyszpilił on atramentem do pergaminu. Żaden z miłośników staropolszczyzny chyba tego nie zauważył, włosa nie zabrał sobie na pamiątkę. (por. hasło - miłośnik staropolszczyzny) No i czekał on właśnie na mnie ze trzysta lat, więc go sobie zabrałem deformują nieco jedną literkę. Chciałem ów włos historyczny zachować sobie, ale go zgubiłem, jak wiele innych cennych rzeczy w życiu. Nic na to nie poradzę. Lepiej więc może uciekać od złudzeń, że coś się będzie w stanie ocalić, lepiej może gapić się na ekran rzutnika w czytelni i zza biurka próbować zamknąć odeszłe życie. Może tak jest uczciwiej.

Krzysztof Koehler